piątek, 31 grudnia 2021

Princess Ayame - Rozdział 1 [SonoAyame]

 

Co jest największa tragedią dla geja? Chociaż nie, formułuję to pytanie inaczej: co jest największym żartem losu(według geja), będąc jednocześnie zmorą jego życia? Jeśli odpowiedzieliście że miłość, to macie u mnie punkt! A naprawdę wielką kpiną jest moment, kiedy uświadamiasz sobie, że kochasz swojego przyjaciela. Dla większości, będzie to zapewne nic, bo co to jest „zauroczenie przyjacielem”? Wystarczy poczekać, aż ci przejdzie, albo go unikać, i sprawiać wrażenie, że nic się nie stało, i dalej trwać w swoim uczuciu, którego przecież nie ma. Tyle tylko, że strasznie to boli, tam, „w środku”. Tylko jak udawać ze nie ma tego wszystkiego?


Tych przyspieszonych oddechów, kiedy stoi obok ciebie, czujesz jego oddech, i tego przyspieszonego bicia serca, kiedy patrzy na ciebie, swoimi pięknymi oczami. Możesz się na niego patrzeć, ale nie za długo, bo wszystko się wyda. Możesz się do niego zbliżyć, ale kiedy zauważy to „otoczenie”, zaraz się czegoś domyśli. Więc nieważne, co zrobisz – i tak jest źle. Ale to i tak nie wszystko,  najpierw się użalasz, że wasza miłość, to „ta zła”. Boisz się co może się stać, jak się wyda – szykanowania, wyzwiska, prześladowanie, chociaż, gdybym dzięki temu mógł być z nim, to bez wahania bym się zgodził znosić to wszystko, tylko dla jego słów i dotyku. Ale wiem, że nie mogę mu powiedzieć… znaczy, teoretycznie, to mógłbym, ale cholernie boję się jego reakcji. Nie wiem nawet czy jest homo, albo nawet bi(to, kurwa, ładny ze mnie przyjaciel…), to jakby to wyglądało: „Ayame! Ja cię kocham!”? Już wyobrażam sobie jego twarz, na której maluje się szok, a potem(być może) krzyczy że jestem chory, a następnie wypada z sali, a Matenrou Opera znika ze sceny…

Moim głównym(i najważniejszym) problemem było to, że razem graliśmy w zespole. I tu był pies pogrzebany, bo nie mogłem odejść( nie mogłem, dlatego, że straciłbym jedyną szansę by się na niego popatrzeć i powzdychać w legalny sposób…. I jeszcze jedna ważne rzecz - śpiewanie i zespół jest dla mnie wszystkim). A znoszenie jego obecności było trudne i to cholernie(a jej brak, chyba jeszcze gorszy. Rozmyślania, na jego temat – co robi, z kim jest… ) . To jak się porusza, uśmiecha, gra. Wtedy właśnie miałem największą ochotę, by do niego podejść i wykrzyczeć mu w twarz, wszystko co czuję. Ale tego nie robię, wykorzystuję wszystką moją samokontrolę, bo boję się, że mnie wyśmieje. A nie chcę by nie odrzucił, tylko dlatego, że jestem facetem, pęknie mi wtedy serce.

Ja wiem, że to trochę nie mądre, bo tysiące(czy aby na pewno nie przesadzam? Chyba nie jesteśmy aż tak popularni jak np. the GazettE) fanów, wzdycha do mnie, i jest gotowa być na moje skinienie palca, a ja, okrutny, kocham osobę, która traktuje mnie jak(i tylko) przyjaciela. 

Przez niego nie mogę się skupić, dzięki czemu, na dzisiejszej próbie częściej milczałem niż śpiewałem. A jak już udało mi się wydać jakiś głos… cóż, śpiewaniem bym tego nie nazwał. Ja raczej wyłem, bo nie mogłem wyciągnąć odpowiedniej tonacji. A to z jego winy! Wiem, że się powtarzam, ale nic na to nie poradzę. Jego blond włosy skutecznie mnie rozpraszały, podskakując razem z nim, kiedy graliśmy „Helios’a”. Czy on zdaje sobie sprawę, z tego jak na mnie działa? Chyba nie, bo nie muskał by dłońmi klawiszy… Jutro, prawdopodobnie, próby nie będzie, bo tego nie zniosę. 

Miałem teraz zaśpiewać ostatni fragment tekstu, kiedy moje „oko” mimowolnie „powędrowało” w Jego stronę. I koniec… Znowu zawaliłem, Wszedłem za późno, i w całkowicie innej tonacji głosu. Chłopaki mnie zabiją, cały czas dzisiaj coś zawalam, co przeciąga to wszystko.

- Sono-kun, znowu – odezwał się, już znudzony, You(basista). – Stale dziś coś mylisz… - zdjął bas, odstawiając go na stojak, wzdychając cichutko.  No tak, powinniśmy skończyć koło godziny temu.…

- Przepraszam – powiedziałam, przepraszającym tonem, odchodząc od mikrofonu. – Nie czuję się dziś najlepiej – w pewnym sensie nie kłamałem. Naprawdę źle się czułem. Zwłaszcza z tym, że stale muszę się pilnować.

W oczach basisty pojawił się dziwny błysk, którego nie umiałem zinterpretować. Ale miałem dziwne przeczucie, że nie znaczy on nic dobrego. Raczej to ten błysk, kiedy wymyśliło się coś podstępnego. Boję się…

- To coś poważnego? – przejął się basista. Dlaczego w tej jego trosce zauważam coś, sam nie wiem, nie prawdziwego? To trochę dziwne, by nagle przejął się moim stanem. I to tak z dnia na dzień. - Może powinieneś dziś odpocząć? Najlepiej w domu…

Wiedziałem! Tu nie chodzi o to, że źle się czuję, i powinienem, teoretycznie, odpoczywać w domu, dla zdrowia, tylko dlatego, by nie było próby. Co za wredne osoby? Ale nie mam innego wyjścia. Mogłem się bardziej postarać, wymyślając wymówkę. Było powiedzieć, że niedawno dowiedziałem się, że coś ze mną poważnie nie tak(chyba z głową…). Ciekawe jak by zareagowali…? Jednakże, wolał bym tego raczej nie sprawdzać. Chyba nie mam innego wyjścia, jak zakończyć dzisiejsze spotkanie.

Zszedłem z  podestu, na którym stały instrumenty, razem z mikrofonem, i poszedłem do  rogu sali, gdzie stała ciemno niebieska kanapa i dwa fotele. Usiadłam, i starałem się wyglądać jak osoba „nie zdrowa”.

- Rzeczywiście – zauważył Ayame, odchodząc od instrumentu( podziwiałem go za to między innymi za to, że jest w stanie opanować te wszystkie guziczki i klawisze. Ja bym się załamał, ucząc się na tym grać…). Blondyn usiadł obok mnie, patrząc na nie czule(jak fajnie!). Moje serce zabiło mocniej, a na policzki wstąpił delikatny rumieniec.

Dotknął dłonią mojego czoła, a zrobił to tak niespodziewanie, że się przestraszyłem, i odsunąłem lekko do tyłu. On tylko  delikatnie się uśmiechnął i zabrał rękę. Prawie jęknąłem zawiedziony, ale w zdążyłem się powstrzymać, ale było blisko… Mógł ją tam dłużej potrzymać, nie obraziłbym się, naprawdę… Ale lepsze to, niż nic.

- Nie masz gorączki – stwierdził, ponownie patrząc w moje oczy, dzięki czemu rumieniec na mojej twarzy pogłębił się. Takie przynajmniej miałem wrażenie. – Ale jesteś rozgramy – oznajmił mi, patrząc badawczo na moją twarz. O słodka naiwności! Gdyby tylko wiedział, że to przez niego.

- Widzisz, Sono-kun – rzucił You, tonem naukowca wiedzącego że miał rację. – Ayame stwierdził, że powinieneś poleżeć – uśmiechną się, a ja i tak swoje wiedziałem. – Musisz jechać do domu i wypocząć. A najlepiej, jedź do lekarza. – oznajmił mi, siadając po drugiej stornie. Wiem, że chce tylko uzyskać wolne, ale niech mu się wydaje, że jest mądry. Pewnie znowu chce iść na randkę z kimś nowo poznanym, by pochwalić się „że wykiwał lidera zespołu, i ryzykował karierę by stawić się na spotkaniu”.

- Myślę, że You-kun ma rację – klawiszowiec zaśmiał się chicho. On miał taki cudowny uśmiech, serce się do niego topi. – Powinieneś odpocząć.

Może to nie jest głupi pomysł? Za dużo emocji od rana i chyba nastąpiło przegrzanie systemu. Z resztą, i tak bym dziś nie zaśpiewał. Wziąłem głęboki oddech, patrząc kolejno na chłopaków. Anzi  udawał, że nie jest zainteresowany niczym, poza jego gitarą( chłonąc wszystko co usłyszy, ale udaje, ze tego nie robi. To największa męska plotkara… Taa, wiem, ze ciężko w to uwierzyć), gdyż podkręcał jej struny, i tak już napięte na maksa.  Napinał  je tylko dlatego, by sprawdzić kiedy pękną. Daję im kilka – gór dwie – minuty. Z kolei Yuu – no, on jedyny nie był zainteresowany przymusowym wolnym, było mu to w zasadzie, obojętne. Z tego co wiem, to ma kogoś(niestety nie wiem, czy to chłopak, czy dziewczyna), ale nie obnosił się z tym, za co byłem mu naprawdę wdzięczny, bo by mnie tylko dobiło, i wyszło by na to, ze jestem ofiarą losu. You na pewno z kimś kręci( a jak nie to ma kogoś na oku), i nie ma czasu na spotkania(to zapewne jest moją winą, bo ustaliłem w grafiku tyle spotkań, prób i wywiadów, ale jakoś mało mnie to interesuje). Inaczej nie ”wyganiałby mnie” do domu troszcząc się o mój stan. Anzi chyba jest sam, a co do Ayame – to wiem, że w tym momencie jestem chamski, ale mam nadzieję, ze jest sam.

- Macie rację – wstałem. – Na dziś koniec, jesteście wolni. – oznajmiłem, niechętnie wstając i odchodząc od miejsca, gdzie siedział blondyn.

Normalnie słyszałem, jak You krzyczy w myślach ze szczęścia. Ale chyba obecna sytuacja nie pozwalała mu na zachwycanie się tym stanem głośniej.  Inaczej słyszałbym okrzyki radości godne północno-amerykańskich Indian. Ale… Nie mogę pozwolić by cieszył się za długo.

- Za to jutro, widzimy się wcześniej – uśmiechnąłem się, lekkim diabolicznym uśmiechem. – Próba zaczyna się o dwunastej. 

- Dlaczego?! – krzyknął basista zszokowany. – Nie możemy mieć wolnego?

- Nie – stwierdziłem twardo.

Poszedłem do drzwi, obok których stał wieszak. Zdjąłem z niego swój czarny płaszcz, nie przejmując się prośbami i błaganiami basisty. Nie mogę stale ustępować, bo dzięki temu do nie czego nie dojdziemy. Szkoda tylko, że nie poprosiłem kogoś, by ze mną pojechał. No bo przecież źle się czuję, nie? Skoro sami to stwierdzili. Zapiąłem płaszcz i  zignorowałem kolejną prośbę You o wolne.  Czy on nie rozumie po japońsku? Szatyn był zawiedziony, i może nawet smutny, przez podjętą przez mnie decyzję. Zamyślił się na chwilę, i rozglądnął po sali, nadal się nad czymś zastanawiając. Zignorowałem to, i  wyciągnąłem z kieszeni klucze do samochodu.

- To do jutra – pożegnałem się, wychodząc.

- Cześć – rzucił gitarzysta, podkręcając strunę, tak mocno, że aż pękła. – O cholera! – zamruczał łapiąc ją.

Uśmiechnąłem się, i wyszedłem.  Będąc już kilka kroków od naszych drzwi, słyszałem to co mówił Yuu, o przesadnym naciąganiu strun, śmiech Ayame,  nieporadne tłumaczenie Anzi’ego i mruczenie You.

- Ej, Ayame! -  usłyszałem nagle basistę wołającego blondyna. – Masz ochotę gdzieś wyjść? – zatrzymałem się zszokowany. Co on mówi…? Niemal słyszałem jak się uśmiecha.

Proszę, nie zgadzaj się, nie zgadzaj. Prosiłem niemo, idąc kilka kroków w tył, by słyszeć wyraźnie. Wiedziałem, że on coś knuje! W napięciu wyczekiwałem odpowiedzi klawiszowca. Znowu byłem pod drzwiami. Oby nikt nie wychodził, bo będę „spalony”.

- Mogę iść – odpowiedział blondyn.

Dlaczego!? Też mogłem go o coś poprosić, ale ja nie myślę! Zdaję sobie z czegoś sprawę, dopiero po fakcie. Usłyszałem, jak zabierają kurtki i zbierają się do wyjścia. Muszę stąd iść, bo pomyślą, że jestem nie normalny. Zerwałem się i ruszyłem szybkim truchtem przez korytarz. Doszedłem do końca korytarza, i nacisnąłem na panelu windy guziczek „piętro 4”. Kiedy w końcu  zjawiła się na piętrze wszedłem do środka i wcisnąłem „parter”. Jadąc, zastanawiałem się dlaczego You tak nagle zainteresował się blondynem. Może mu się podoba…? Wtedy byłoby nas dwóch. O matko! Teraz to nie mam szans. Basista jest trochę narwany, może mu powiedzieć, Ayame się wtedy się wystraszy, i odejdzie. Kurwa! Dlaczego zawsze przewiduję najgorsze scenariusze?  A może… Jest malutka szansa, że uświadomi sobie, że woli chłopaków. Ale wymyślam, zamiast męczyć się z piosenkami, powinienem zająć się pisaniem bajek, łatwiej mi to przychodzi.

Winda zjechała nareszcie na parter, co obwieściła tym dziwnym piknięciem. Wyszedłem z niej, i minąwszy recepcje, poszedłem do wyjścia. Na zewnątrz świeciło słońce, i było stosunkowo ciekło, jak na marzec. Poszedłem na tyły, gdzie był parking. Podrzucając kluczykami, przeszedłem między innymi pojazdami, do mojego czarnego BMW. Odblokowałem zamki, i otworzywszy drzwi kierowcy wsiadłem do samochodu. Przekręciłem kluczyk i uruchomiłem silnik. Pojazd szybko ruszył z miejsca, a ja mogłem jechać spokojnie do domu. Jak wyjeżdżałem widziałem You i Ayame wychodzących z wytwórni. Nadal coś mi nie pasuje, ale zajmę się tym jak dojadę do domu(ciekawe ile będę wracał, w końcu godziny szczytu…)

Ten, kto nie jechał po południu przez Tokio,  nie wie, że przejechanie stolicy około trzeciej popołudniu jest zajęciem bardzo trudnym. W tym monecie trzeci raz stoję na czerwonym świetle. A wyjechałem dwadzieścia minut temu… Ot, życie. Pod mój apartament dojechałem ponad pół godziny później. Z trudem znalazłem miejsce, na parkingu dla mieszkańców(mam głupie wrażenie, że z każdym dniem przybywa tu samochodów…) . Wygrzebałem się z pojazdu i zamknąłem go. W tym czasie, kiedy jechałem, zdążyło się ochłodzić, i zrobiło się naprawdę zimno, toteż biegiem ruszyłem do wejścia. Drzwi szybko się przede mną otworzyły i znalazłem się w środku.  Dopełzłem do windy(była na dole, jak się cieszę, nie muszę czekać), i nacisnąłem guzik z piątką. Maszyna ruszyła, a ja mogłem się cieszyć, że udało mi się dojechać do domu. Winda zatrzymała się, i otworzyły się drzwi. Szybko z niej wyszedłem, i poszedłem wzdłuż korytarza, do moich drzwi. Z kieszeni spodni wyciągnąłem klucze i otworzyłem drzwi.

Zapaliłem światło, mimo iż było jeszcze jasno, cały przedpokój był w ciemnych barwach, a nie było tutaj okna, więc za jasno to niebyło. Zrzuciłem buty z nóg i ściągnąłem płaszcz, wyjmując uprzednio z kieszeni klucze od samochodu i domu, i wrzucając je do szklanej miseczki, położonej na czarnej szafce na buty. Ruszyłem w głąb mieszkania-apartamentu. Anzi mi kiedyś powiedział, że nie lubi mojego miejsca zamieszkania – bo jest tu za ciemno i za jasno jednocześnie. Ja też nie wiem o co chodzi, nie martwcie się. Lubię szare kolory, i w nich że właśnie jest mój dom. Wszedłem do czarno-białej kuchni, z zamiarem zrobienia sobie herbaty. Kiedy woda się gotowała, spędzałem swój telefon. Zawsze ktoś mógł pisać, a ja tego nie usłyszałem. Jednak nic nie przyszło… Głupi, przecież nie liczyłem na nic od Ayame. Blondyn nie był zainteresowany i tyle. I trzeba się z tym jakoś pogodzić.

Zalałem herbatę i razem z kubkiem przeniosłem się do swojego gabinetu. Skoro i tak nie mam co robić, to zajmę się robotą papierkową, w końcu bycie liderem do czegoś zobowiązuje. Usiadłem za przeszklonym biurkiem, kładąc obok laptopa kubek z herbatą. Kiedy system się włączał, popadłem znowu w rozmyślania na temat zachowania You. Martwiłem się tym. Basista  rzadko kiedy związał się z kim na dłużej niż trzy-cztery miesiące. Boję się, że może chcieć się tylko „zabawić” Ayame. Bądź, co bądź, klawiszowiec urodą grzeszy. Taki kochany blondynek, z wielkimi, brązowymi ślepkami.

Ale nie można wiecznie marzyć… Czas zabrać się do długiej i męczącej pracy. Jednak zanim się za to zabiorę, muszę tutaj otworzyć okno, bo strasznie duszno. Wstałem, i pociągnąłem za białą klamkę, duże drzwi balkonowe. Zimny podmuch zawiał mi prosto w twarz, skorzystałem z tego, biorąc głęboki wdech i ponownie usiadłem za biurkiem i zająłem się nieszczęsną pracą.

Gdy udało mi się skończyć, na zewnątrz było już ciemno, a właściwie bardzo ciemno. Chciałem któryś już z kolei raz, napić się napoju z mojego kubka, ale jego już tam nie było. No tak, zasiedziałem się trochę. Nawet nie wiem, która jest godzina, wiem jedynie, że jest ciemno.  Według mojego laptopa jest po dziesiątej. Pasowało by iść spać, inaczej jutro znowu będę do dupy na próbie. A tego nie chcę. Wstałem, i zabrawszy ze sobą kubek podążyłem najpierw do kuchni, by go odstawić, a potem do sypialni, zabrać ubrania robiące mi za coś do spania, czyli bokserki. Zapaliłem  światło, i podszedłem do komody z bielizną. Otworzyłem jedną z szuflad i wyciągnąłem pierwsze z brzegu bokserki. Z nimi poszedłem do łazienki. Tak się składa, że akurat dziś miałem ochotę na kąpiel, nalałem więc do wanny wody i dolałem mojego ukochanego płynu czekoladowego. Zrzuciłem z siebie ubrania i weszłam do wanny. Jak przyjemnie leży się w wannie. Mogłem sobie zabrać jakąś książkę do czytania… Trudno. Kiedy uznałem, ze jestem już wystarczająco „wyleżany” sięgnąłem po mydełko i namydliłem się, a potem opłukałem i wyszedłem z wanny. Wytarłem się moim ulubionym uchatym ręcznikiem, i sięgnąłem po przyniesione bokserki. Już ubrany nareszcie mogłem iść do sypialni. Po ciemnu doszedłem do łóżka i położyłem na zimnej, granatowej pościeli. San przyszedł za kilkanaście minut, spędzonych na rozmyślaniu. W końcu zasnąłem.

Obudziłem się z tym znanym wszystkim, uczuciem otępienia.  Nie na widzę wstawać! Usiadłem na  łóżku i sięgnąłem po telefon. Wół do jedenastej. Mam jeszcze półtorej godziny do próby. Wszedłem jeszcze w wiadomości, sprawdzić czy coś nie przyszło. O miałem rację. Wiadomość od You.

Na pewno nie możemy odwołać próby…?

O matko! Ale on potrafi być uparty. Muszę mu napisać, bo nie przyjdzie.

Tak! Próba jest, i masz na niej być!

Wysłałem. Niech mi ktoś powie, na co mu dzień wolny? Właśnie… To wygląda coraz bardziej podejrzanie.  Muszę się dowiedzieć o co chodzi… Argh! Za dużo o tym myślę! Nie mogę się tym zadręczać, bo oszaleję. No nic, musze wstać i doprowadzić się do porządku. Zabrałem wszystkie potrzebne rzeczy, łącznie w wybranymi ubraniami(a wybranie ich zajęło trochę czasu. Nie mogę wyglądać byle jak).

Rano zawsze musze mieć zimny prysznic na obudzenie. Inaczej do południa spałbym na stojąco. Po udanej kąpieli ubrałem czarne spodnie i biało szarą koszulę z dziwnym motywem, nieodgadnionym do teraz. Teraz moja ulubiona część – makijaż i włosy. Zacznę od tego drugiego. Osobiście nie lubię nakładać nie wiadomo jakiej ilości tych wszystkich specyfików, wystarczy kredka i tusz do rzęs. Włosy rozczesałem, i lekko natapirowałem. No, jestem gotowy. Wyszedłem z łazienki i jeszcze raz musiałem iść do sypialni, bo zapomniałem telefonu. Włożyłem go do kieszeni spodni. Ciekawe, czy czegoś jeszcze zapomniałem. Nie… chyba niczego. No to mogę iść. Wyszedłem z sypialni na korytarz, i skierowałem się w stronę drzwi i wieszaka, na którym wisi mój płaszcz. Najpierw zająłem się ubraniem butów, gdyż naprawdę nie lubię ich wiązać, a dopiero potem płaszcz i szalik(nie mam  pojęcia dlaczego, ale lekko szczypie mnie gardło). No, to mogę iść. Aha! Jeszcze klucze! I znowu bym czegoś zapomniał…

Wyszedłem z apartamentu, zamykając go, i chowając klucze do kieszeni. Winy nie było, no bo było by za łatwo. Nacisnąłem odpowiedni guziczek i czekałem. Za kilka chwil metalowe drzwi otworzyły się i wszedłem do środka.   Mogłem też iść schodami, ale nie bardzo mi się chciało. Nie lubię się przemęczać. Na szczęście, nikt nie wsiadał, więc miałem ten zaszczyt i jechałem sam. 

Znowu to dziwne piknięcie i winda zatrzymała się na parterze. W holu był tylko listonosz, rozmawiający z recepcjonistą. No i ja, szybko przemykający przez korytarz. Oby człowiek roznoszący listy nie miał nic do mnie. Menager mógł mi coś wysłać, a mam już dość papierów w domu. Ku mojej radości przemknąłem przez hol i wyszedłem na zewnątrz. Był zimniej, niż wczoraj, nie lubię kiedy jest zimno. Znowu musiałem biec na parking, by mnie nie zawiało. Nie mogę być chory. Idąc wzdłuż samochodów, prosiłem wszystkich świętych, by nikt nie zastawił mojego pojazdu.  Na szczęcie, moje modły zostały wysłuchane, i auto nie było zastawianie. Odblokowałem zamki i usiałem na miejscu kierowcy. Sprawnie ruszyłem z miejsca i włączyłem się do ruchy na drodze. Już jadąc, spojrzałem na zegarek na liczniku. Jedenasta, no ponad wpół do dwunastej. Powinienem zdążyć w miarę na czas.

Nawet nie było dużo korków, chociaż, gdyby nie przeklęte światła, byłbym kilka minut wcześniej, a tak to dojadę na prawie na styk. Zwolniłem, i wjechałem na parking. Zaparkowałem najbliżej jak to możliwe wyjazdu i wszedłem z auta, zamykając je. Już na parkingu wiedziałem, kto jest. Z tyłu stał biały jeep Yuu, pod ścianą motor Anzi’ego, pośrodku stała szara toyota supra basisty; no i niedaleko mnie czarny kabriolet mercedes Ayame(ma chłopak gust, ładnie w tym aucie wygląda…). Ciesząc się ze są wszyscy, pognałem go wejścia. Niestety, musiałem poczekać trochę aż zjawi winda. Spojrzałem na  wielki zegar na ścianie. Za pięć dwunasta, czyli się nie spóźniałem. Jak fajnie…! Kiedy weście drzwi się otworzyły, i mogłem wejść do windy zobaczyłem, ze ktoś z niej wychodzi.

- Dzień dobry, Kamijo-san – przywitałem, spinając głową. To szef naszej wytwórni! Co tak wcześnie robi w wytwórni?

- Część Sono – odezwał się, spoglądając na mnie. Stanął obok, i zdjął okulary, ukazując błękitne tęczówki. Jej, czy on nigdy nie zdejmuje soczewek? – Co robisz, o tak nietypowej godzinie? – Uśmiechną się delikatnie.

Może to śmieszne, ale ja się go boję. On wygada jak wampir, który stale jest na głodzie. Zwłaszcza jego oczy, są takie… ja bym je nazwał niebezpieczne.

- Przyjechałem na próbę – odpowiedziałem. – Wczoraj dość późno skończyliśmy, i tak jakoś wyszło… - sam nie wiem, dlaczego mu się tłumaczę, ale ten gościu wzbudza we mnie respekt.

- Rozumiem – przytaknął, i już chciał odejść, kiedy chyba sobie o czymś przypomniał. – Aha, menager ma ci przekazać, że nie długo koncert .I to taki większy. Będziecie tylko wy, na dużej scenie. O wszystkim ci powie. Załatwiłem to na marzec. A jeśli będą wątpliwość, to wiesz gdzie jest mój gabinet – uśmiechną się, i sobie poszedł.

To było trochę dziwne. Rzadko kiedy widywałem szefa wytwórni. Jak już, to tylko na koncertach, czy konferencjach. Mimo, ze You pracował z Versailles,  po śmierci ich basisty… jakoś rzadko kiedy był czas. A tam! Wsiadłem do windy, bo jeszcze mi odjedzie, i co? Będę musiał czekać. Wjechałem na czwarte piętro i jak tylko otworzyły się drzwi poszedłem korytarzem, prosto do naszych drzwi. W zasadzie, jesteśmy jedynym zespołem w Sherow Artist Society, zaraz po Versailles. Cóż, jakoś nam to nie przeszkadza, mamy dla siebie całe piętro(są jeszcze trzy wolne sale muzyczne). Dostałem pod naszą salę i otworzyłem drzwi.

Moje przybycie nie zostało jakoś zauważone. Yuu siedział przy perkusji, gając coś, Anzi zakładał nową strunę. Czyli nic nowego… Chociaż, You był stanowczo za blisko Ayame. Blondyn stał przy swoim keyboardzie, przestawiając na nim te kolorowe guziczki… a basista  stał obok niego i coś mówił, na co blondyn śmiał się. Muszę przerwać tą sielankę…

- Witam – oznajmiłem, wieszając płaszcz. – Jak się cieszę, że wszyscy jesteście – uśmiechnąłem się do blondyna, a od to odwzajemnił…!

 - Jej… - jęknął You, odchodząc od klawiszowca. – A już myślałem, że nie przyjdziesz. I będzie wolne… - odszedł od blondyna, idąc na swoje miejsce. Zabrał ze stojaka swoją gitarę, poprawiając jej struny.

-  Wybacz że cię zwiodłem – odparłem, wchodząc po małych schodkach i sięgając po mikrofon. – Ale dziś jestem już zdrowy – to chyba nie do końca byłą prawda, bo gardło szczypało coraz mocniej, ale powinienem dać radę śpiewać. Zatrzymam się gdzieś po jakieś tabletki. Nie mogę być chory, podobno mamy ten koncert…

- Zaczynajmy. Najpierw Honey drop, a potem Kaze no Tori – zadecydowałem.

Zaczęli grać, a ja czekałem na swój moment. Znowu nie mogłem się skupić. You chyba na złość, cały czas uśmiechał się do Ayame, a mnie szlak trafiał! On to chyba na złość robi. Tyle dobrego, bo blondyn tak skupił się na grze, że nie widział szczerzącego się szatyna. Albo nie wiedział go specjalnie. Ciekawe, co się wczoraj stało, jak pojechałem? Byli przecież gdzieś. Tylko, gdzie owo ”gdzieś” było?

Tym razem udało mi się wejść w dobrym momencie, i dobrze zaśpiewać. Oby było tak do końca, nie chcę znowu odkładać próby. Więc starałem się ignorować You i jego zaloty. No bo co to było?! On zwyczajnie podrywał klawiszowca.  A ja na to nie pozwolę! Choćbym miał dusze zaprzedać! Ayame będzie mój, albo niczyj!

Bycie liderem to straszne utrapienie. Wiem, co mówię. Otóż właśnie – próba skończyła się godzinę temu, wszyscy sobie poszli. A co robię ja? Ano, czekam na naszego managera. Muszę się dowiedzieć czegoś o tym koncercie, ale oczywiście w studiu go nie ma! Pojechał gdzieś, i będzie do półtorej godziny z powrotem. W recepcji, czyli holu głównym wieje pustakami, jak zawsze, mało kto tutaj przychodzi. Jak wcześniej mówiłem, w tej wytwórni jesteśmy tylko my – Matenrou Opera, no i zespół szefa – Versailles. Może kiedyś, ktoś jeszcze dojdzie do wytwórni – mam nadzieję, bo jest cicho jak w kostnicy.

Jej, ale jestem zmęczony… Ten dzień od początku był dziwny, a właściwie, zrobiło się nieswojo już od wczorajszej próby – niewypału. Byłem zaskoczony tym, że You proponował Ayame jakieś wyjście. Miałem też nadzieję, że blondyn odmówi, nie zgodzi się, a jednak…, z resztą, dlaczego miałby nie iść? Nic nas nie łączy(znaczy formalnie – uczuciowo, a szkoda), więc nie wie, że go kocham. Dobiła mnie jednak dzisiejsza przemowa basisty. Poprosił, żeby klawiszowiec pomógł mu w czymś. Matko… Nigdy nie widziałem, żeby ktoś się tak wdzięczył(nawet prostytutka z wyższej półki tak się nie łazi, tak mi się wydaje). Faktycznie, sam miałem pomysł, by iść gdzieś z blondynem, ale upomniała się moja niewdzięczna funkcja. Cholera! I po co ja się zgodziłem być liderem(pewnie dlatego, że nikt inny nie chciał…), teraz mam za swoje… Oczywiście, nikt nie miał ochoty ze mną poczekać(i mogłem poprosić Ayame. Było na ściemniać, że się źle czuję, ale ja czasem nie myślę…), bo po co?  Wszystkim nagle wypadło coś do roboty, czy spotkanie. Dla mnie to brzmiało jak klasyczne „zapomniałem wyłączyć żelazka”. Yuu to jeszcze rozumiem, że mógł mieć spotkanie, czy randkę, w końcu kogoś ma. Tylko nie chce powiedzieć kogo, a to gnida…(A ja się i tak dowiem!). Moje serce pękało, kiedy basista wychodził z Ayame. Tylko dlaczego nie mogę nic z tym zrobić? Samo użalanie się nic mi nie da… potem nad tym pomyślę.

Drzwi do wytworni otwarły się, i szybkim krokiem wszedł nasz manager. Nareszcie! Człowiek po czterdziestce, ale jako – tako zna się na robicie. Spojrzałem na zegar: Czekałem godzinę i piętnaście minut, tyle to nawet chłopaki na próbę się nie spóźniają… Co mógłbym w tym czasie robić? Nie wiem, ale na pewno coś ciekawego. Wstałem z wygodnego, kremowego fotela i poszedłem do niego. Jak wsianie do windy, nie zamierzam go gonić – pójdę sobie do domu, pogadam z  nim jutro. Nie będę go ganiał po całym budynku.

- Panie Sakamoto* - zawołałem. – Niech pan poczeka, mam pytanie.

Starszy człowiek zatrzymał się, i spojrzawszy na mnie uśmiechnął się ciepło. Był miłym człowiekiem, i chyba lubił nas, cóż…, niczym mi nie podpadł, więc nie robił mi zbytniej różnicy.

- Tak? – Zapytał, zatrzymując się.

- Co z tym koncertem? – Zapytałem, stając naprzeciw niego. Przestępowałem z nogi na nogę, bo miałem już dość czekania i przesiadywania w tym budynku na dzisiaj. Manager podniósł pytająco brew. Czyżby o niczym nie wiedział? – Dowiedziałem się dzisiaj od Kamijo –san, o jakimś koncercie, i skierował mnie do Pana po informacje.

Pan Sakamoto zamyślił się. Czyżby rzeczywiście nie wiedział o jaki koncert chodziło? A może żadnego nie ma? Tylko po co lider Versailles miałby kłamać? Za dużo pytań, za mało odpowiedzi. Tylko wiele rzeczy jest dziwnych, i coś jest mocno nie tak…(Na taką sytuację moja babcia powiedziałaby, że coś się dzieje w państwie duńskim. Nie wiem, skąd wzięła to określnie, ale pasuje wręcz idealnie…).

- A! – Krzyknął pstrykając palcami – Chodzi Ci o koncert pod koniec marca? – Pokiwałem głową, mimo że nie wiedziałem, czy to rzeczywiście ten koncert.  – Ale nie wiem, o nim za dużo. Jak chcesz się czegoś więcej dowiedzieć, to idź do Kamijo-san – i wyminąwszy mnie poszedł sobie.

Cholera! Powinien wiedzieć – jest w końcu naszym menagerem(za coś się mu w sumie płaci), i powinien wiedzieć takie rzeczy, dokładniej – wszystko! Muszę iść do szefa wytwórni, sam mówił, żebym przyszedł jeśli nie będę czegoś wiedział. Zrobiwszy zbolałą miną poszedłem do windy i nacinałem odpowiedzi guzik, by zjechała na dół. Na szczęście nie czekałem za długo, i po paru chwilach wjeżdżałem na piąte piętro. Wyszedłem, i znalazłem się na biało-kremowym korytarzu. Hm… Tylko gdzie lider Versailles ma gabinet? Byłem tutaj tylko raz – kiedy podpisywaliśmy kontrakt, ale to było pięć lat temu, a ja już nie pamiętam. Nie pewnie ruszyłem korytarzem w poszukiwaniu odpowiednich drzwi. Minąłem(prawdopodobnie) sale konferencyjną, i po przejściu kilku kroków stałem pod przezroczysto-białymi drzwiami.

Jak mówiłem – sam widok szefa tej wytwórni napawa mnie lękiem… Tan człowiek naprawdę wygląd jak wampir(toć on się nawet nie starzeje – tak samo wyglądał jak podpisywaliśmy kontrakt, a przypomnę, że było to pięć lat w tył…). Ale… Nie będę stał pod tymi drzwiami w nieskończoność.  W końcu muszę załatwić to, po co tu przyszedłem. Złapałem lekko za klamkę i popchnąłem drzwi.

Moim oczom ukazał się średniej wielkości pokój.  Jak korytarz, pomieszczenie było w kolorach krenowo białych. Na prawej stronie były jeszcze jedne drzwi – podejrzewam, że od prawdziwego gabinetu. Niepewnie wszedłem do poczekalni, bo jak to mam inaczej nazwać?

Dopiero teraz, zauważyłem, że na jednym z kremowych foteli ktoś siedział. Potrzebowałem kilku chwil, by rozpoznać w nim  gitarzystę prowadzącego Versailles. Cóż, bez sukienki i tej loliciej fryzury ciężko go poznać. Miał na sobie białą, zwykłą koszulę i  szaro-białe spodnie. Włosy miał zaplecione w luźny warkocz(nawet zaplecione, jego włosy są strasznie długie! Jak on da radę w tym chodzić?).

Widząc moje zawahanie, uśmiechną się delikatnie. Siedział z nogami podkulonymi na fotelu. Szczerze? Gitarzysta, mimo tego, że nosi sukienki, jest cholernie ładnym facetem. Tak, ładnym; nie przystojnym – to jakoś mi do niego nie pasuje.

- Cześć Sono-kun – przywitał się. – Jeśli przyszedłeś do Yūji’ego, to go nie ma – oznajmił, poprawiając swój warkocz.

Jej… Znowu muszę czekać. W sumie, zanim zjawiłem się na próbie, to widziałem jak gdzieś szedł. Nawet z nim zamieniłem parę słów. Dlaczego tyle rzeczy mnie zaskakuje.

- Hm… Rozumiem – wydukałem, siadając za białej, skórzanej kanapie. – A nie wiesz, kiedy może być z powrotem? – Zapytałem, zakładać nogę na nogę. Może jednak nie będę musiał już niczego dziś ustalać? Jak byłoby fajnie…

- Za chwilę powinien być – oznajmił, patrząc na malutki srebrny zegarek na nadgarstku. Swoją drogą, był bardzo ładny. – Pojechał tylko do Teru, miał jakąś sprawę, czy coś. Za chwilę powinien już być.

- Dziękuję -  odparłem. – Poczekam na Niego.

Blondyn uśmiechną się do mnie, zdejmując nogi z  fotela, zakładając je w tan sam sposób co ja. Dlaczego mam wrażenie, że u niego to wygląda lepiej? Hizaki naprawdę zasłużył na miano księżniczki. Ponownie rzucił okiem na urządzonko, na jego ręce. Czyżby też czekał na swojego lidera?

- A z jaką sprawą przychodzisz? -  Zapytał, odrywając wzrok od zegarka, i parząc ponownie na mnie.

- Chcę się zapytać o koncert – odpowiedziałem. – Manager za dużo nie wie, więc postanowiłem przyjść do Kamijo-san…

Starszy mężczyzna* ponownie się uśmiechnął. On bardzo często się śmieje… Dziwne, do zawsze jak jest w „pracy” i nosi sukienkę, jest milczący, i prawie się nie odzywa. Czyżby to też była tylko gra sceniczna? Jakby się nad tym zastanowić, to większość gwiazd muzyki Visual i Oshare ma już wyrobioną opinię w mediach, na temat zachowania, sposobu bycia. Ja nie wiem, po co to wszystko. Staram się być naturalny.

- Postanowiłeś zaczerpnąć informacji od źródła… - powiedział, niestety jego wypowiedź przerwało otwarcie się drzwi. Otwarły się z takim rozmachem, że myślałem, że zaraz się rozbiją. Na szczę szczęście nic takiego się nie stało.

Mimo wszystko podskoczyłem lekko przestraszony. Nie chodzenie ludzie straszą mnie drzwiami. Spojrzałem w tamtą stronę, by zobaczyć kto to. To Kamijo-san. Jak dobrze, że nie czekałem za długo. Muzyk zamknął drzwi, wyraźnie zaskoczony obecnością moją, jak i Hizaki’ego.  Po chwili na jego twarzy zagościł uśmiech.

- Przepraszam was – oznajmił, idąc do drzwi od swojego gabinetu. – Witaj, Sono-kun – skinął głową w moją stronę, a ja znowu poczułem się dziwnie. – Zaraz się tobą zajmę, ale mam ważną sprawę do omówienia z Księżniczką – wyszedł do gabinetu, z gitarzysta za nim, zamykając drzwi.

Zostałem w małym pokoiku sam. Naprawdę dziwnie było mi tutaj siedzieć. Może to głupie, ale w obecności Kamijo, czy choćby Hizaki’ego, czuję się jak w obecności arystokraty(lub arystokraty-wampira. Chociaż – pasuje to bardziej do ich basisty. Ja się tego gościa boję, ale chyba znają się z You…). Nie tak, że się ich boję, ale szanuję, jako muzyków, mają większe doświadczenie, i ogólnie są bardziej rozchwytywani.

Nie wiem ile czekałem, ale przeszkolone drzwi otworzyły się i wyszedł z nich Hizaki u uśmiechem na ustach. W ręce miał jakieś pudełko. Za nim wyszedł wokalista, i z radością obserwował, jak jasnowłosy zabiera płaszcz i wychodzi. Skierował swój wzrok na mnie, a ja nie wiedziałem co mam zrobić w tym momencie.

- Sono-kun, zapraszam – przesunął się w drzwiach, bym mógł wejść.

Podniosłem się miękkiej kanapy, i niczym na swój własny pogrzeb, popełzłem do gabinetu. Lider Versailles zamknął za mną drzwi i usiadł za swoim szklanym biurkiem. Ten gabinet urządzony był na biało-czarno. Białe ściany, z czarnymi motywami, czarny dywan, na białej podłodzie, białe i czarne meble, i szklane burko(wokalista musi lubić szkło…).

- Usiądź – wskazał na kąt, gdzie stał czarny stół, biała kanapa i dwa czarne fotele. Zająłem miejsce na jednym z nich. Był nawet wygodny. Założyłem nogę na nogę i spojrzałem na lidera Versailles. Nasze spojrzenia skrzyżowały się, a ja poczułem jak po moich plecach przechodzi dreszcz.

- Zgaduję – ciszę przerwał jego głos, - że przyszedłeś w sprawę koncertu. Mam rację? – Otworzył białego laptopa i go włączył.

- Tak – potwierdziłem, bawiąc się dłońmi. – Menager powiedział, żebym przyszedł do pana, po informacje – oznajmiłem, z prędkością karabinu maszynowego.

- Ok – zamruczał, pochylając się na laptopem. Wpisał hasło, i zapadła cisza. Lider wytwórni coś klikał, pisał.

- No więc – zaczął, pisząc  cos na wyjętej wcześniej kartce. – Koncert jest ostatniego marca, o dziewiętnastej, w SHIBUYA-AX. Zostaniecie o piątej zabrani z wytwórni, i  pojedziecie na hale. Dziś jest trzynasty, więc do osiemnastego, poniedziałek, masz mi przedstawić set listę. Akcja promocyjna już trwa, a bilety w sprzedaży. Coś jeszcze? – zapytał.

- Nie, chyba wszystko – oznajmiłem.

Wstałem i zabrałem kartkę z zapisanymi informacjami. Super, po ostatnim albumie, nie graliśmy jeszcze koncertu z nowymi piosenkami. Będzie naroście okazja, żeby się wyszaleć.

- Aha, jeszcze jedno – przypomniał sobie. – Ten koncert ma związek z „GLORIĄ*” wiec chcę, by na set liście znalazły się piosenki z tego albumu, a poza to – wasze największe hity – zarządził, zabierając mi kartkę, i co na niej dopisując.

Podał mi kartkę z powrotem. Przez przypadek musnąłem jego place. Przeszedł mnie chyba największy dreszcz w życiu. Ale on ma zimną skórę… Coś to podejrzane. Złożyłem papier i schowałem go do tylnej kieszeni spodni. I co? Powinienem teraz sobie pójść.

- Macie jutro próbę? – Zapytał nagle blondyn.

Zamrugałem zaskoczony. A na co mu ta wiedza? O nie… oby nie chciał przychodzić na próbę, nie zniosę tej presji. Wolałbym, żeby ten koncert był jutro.  

- Mamy, o jedenastej – potwierdziłem. Jednak z niechęcią. Ten człowiek mnie rozprasza, i niczym jad węża paraliżuje. – Chłopaki mogą się jednak spóźnić.

- Nie szkodzi – oznajmił, podpierając brodę rękami. – Posłuchałbym was na żywo. Rzadko mam na to okazję.  Ale jutro nie uda mi się przyjść na początek. Mam jutro umówione spotkanie z reżyserem.

O jak mi przykro… Tym lepiej dla mnie. Nie lubię jak ktoś się na mnie centralnie wgapia. Na scenie to co innego, bo wiem, że ci ludzie przyszli dla mnie i dla zespołu. I chcą słychać jak czasem fałszuję. Ale śpiewanie przez Kamijo? Jak mówiłem – ten człowiek lękiem mnie napawa. Jest bardzo przystojny, to niezaprzeczalny fakt, ale właśnie to mnie przerazą. Nie wygląda jak typowy Japończyk. Według mnie, ma coś z Europejczyka*.

- Przyjdę gdzieś pod koniec próby – zadecydował, kładąc ręce na biurku. – Będziecie jeszcze gdzieś koło trzeciej, prawda? – Uśmiechnął się do mnie.

Czułem się jak na rozstrzelaniu. Od kilku minut starałem centralnie przed jego biurkiem, a ten człowiek się we mnie wgapia! Nie chcę być podejrzliwy(lub przewrażliwiony), ale coś mi się nie podoba w jego zachowaniu. Zawsze, jakiekolwiek informacje szły do mnie przez pana Sakamoto. Nagle - cud! Przypomniał sobie o liderze Matenrou Opery! I dlaczego teraz? Znowu stwarzam sobie pytania, na które nie ma odpowiedzi. Ale coś jest nie tak! Sam pomnę swoje słowa… Za jakiś czas.

Nie mogę mu zabronić przyjść, bo mnie wywali, a nawet cały zespół. Chociaż, może tylko mnie. Gdzie on znajdzie inny nowy zespół, wokalistę łatwiej znaleźć. A jak nie to chociaż śmiertelnie się obrazi, lub odwoła koncert… Dlaczego znów mam same pesymistyczne myśli?

- Będziemy, powinniśmy, być  - podłożyłem nacisk na drugie słowo. Jest zawsze szansa, że nikt się nie spóźni, nie będzie żadnych problemów(głównie z moim skupieniem), i skończymy wcześniej. A wtedy nie będzie spotkania, a nie będzie miał mi za złe, że na niego czekamy.

- Dobrze – oznajmił. – Postaram się dotrzeć.

Postanowiłem, że w końcu wyjdę z tego gabinetu. Przebywanie tutaj męczy mnie psychicznie. Wszędzie biało czarno, oczopląsu dostaję. Zresztą, już późno, jest koło piątej, a chciałbym jeszcze zahaczyć o jakąś galerie. Trzeba uzupełnić kosmetyczkę… Rano zauważyłem, że: skończył mi się eyeliner, a tusz do rzęs był na wykończeniu, w dodatku coś nie tak z pudrem i podkładem(używam tego zazwyczaj po imprezach, kiedy chce się wyglądać jak człowiek). A makijaż to podstawa j-rocka. Zawsze tak jest, zaczynasz malować się przez występem, a jak stwierdzasz, ze ładnie ci w wymalowanych oczach, to malujesz je już codzienne.

- Będę już szedł – oznajmiłem i odwróciłem się do drzwi. Nie wiedzę powodu, bym miał tutaj siedzieć dłużej. – Do widzenia.

Wychodząc, czułem, jak ktoś bezcelnie patrzy się na mój tyłek! A skoro nikogo poza mną i szefem nie było, odpowiedź jest jednoznaczna! Czułem się z tym trochę niezręcznie, i głupi. Nie każdy parzy mi się na tyłek(nie miałbym nic przeciwko, gdyby to był Ayame, ale wypadku musze powiedzieć ”nie”!). Może nie jestem jakoś tam szczególnie „łany” – makijaż i farby do włosów robią swoje, ale racja – niezłym tyłkiem to mogę się pochwalić, ot co! Mimo wszystko, wolałbym, gdyby Kamijo-san nie praktykował tego wcześniej.

Muszę jeszcze zahaczyć, o naszą salę prób, zostawiłem tam płaszcz i mój szalik(chyba boli mnie gardło… jeśli tak, znaczy, jeśli do jutro mi się to nasili, idę do lekarza, do koncertu musze być zdrowy!). Ale jestem, mogłem zabrać rzeczy ze sobą. Kolejny dowód, na to, że miłość ogłupia ludzi. Zatrzymałem windę na czwartym piętrze i szybko wybiegłem i pobiegłem do naszych drzwi. Otworzyłem je i zły na swoje „zamyślanie się” sięgnąłem  na wieszak po czarny płaszcz i biały, miękki szalik. Ubierałem się w drodze do windy. Zakładając szalik, wcisnął guzik „parter” i ponownie zacząłem zjeżdżać w dół. 

Naprawdę, w ciągu ostatnich dwóch dni przeżyłem więcej zaskoczeń niż w całym swoim życiu. Z uczuciem zadowolenia opuściłem gabinet, i szybkim krokiem poszedłem do widny. Czułem się jakbym uciekał przed jakimś strasznym potworem(np. wampirem), a za chwilę miałbym usłyszeć trzask pękającego szkła. Nic takiego, na szczęście się nie stało i bezpieczny, wsiadłem do maszyny i rozpocząłem proces zjeżdżania na parter. Oparłem się o ścianę, i wziąłem głębszy oddech. Po głowie krążyło mi tylko jedno pytanie – co to było? Nie wiedziałem, że wokalista Versailles interesuję się tą samą płcią. Raczej, że woli kobiety. Chociaż, gdybym miał przy sobie kogoś takiego jak Hizaki-san, czy Teru-san, też pewnie wolałbym mężczyzn. Gitarzyści Versailles, a w szczególności Hizaki-san, są ładniejsi od niektórych kobiet.

Sam, o tym, że jestem gejem, dowiedziałem się już w liceum, kiedy zaczęli mi się podobać koledzy z klasy(wtedy też zainteresowałem się muzyką, i muzykami, którzy mi się podobali). Więc jestem na sto procent pewny, że wolę facetów. Jednak, nie mam pewności co do Ayame. Dlatego się trochę boję. A teraz boję się jeszcze bardziej. You, i jego nagłe zainteresowanie klawiszowcem.

Boję się, że coś z tego, w sensie z nich,  może wyjść. Nie chciałbym tego, ale nie zabronię im kochać. Nie jestem jakimś potworem. Chcę, by Ayame był szczęśliwy. Mimo wszystko, nic nie jest jeszcze pewnie, więc mam jakieś szanse, małe, co prawda, ale zawsze jakieś.

Widna zatrzymała się na parterze, ja szczęśliwy, wysiadłem. Nie wiem dlaczego, ale w windzie zawsze nachodzi człowieka ochota na filozoficzne tematy. Wygrzebałem się na zewnątrz i ruszyłem na parking. Radosny, że na dziś już wyczerpałem limit siedzenia w tym budynku, poszedłem na parking. Moje BMW stało dokładnie tam, gdzie jest zostawiłem(tak Sono, na pewno samo się przestawi, wmawiaj sobie tak dalej). Samochodów „moich ludzi” już nie było. Ha, na pewno siedzą w domu, i zajmują się swoimi sprawami. A You mizdrzy się do Ayame… Odblokowałem zamki i otworzywszy drzwi rzuciłem się na siedzenie. Z radością zamknąłem drzwi i włożywszy kluczyk do stacyjki odpaliłem samochód. Ruszyłem z miejsca, i pojechałem w stronę wyjazdu z parkingu.

By dojechać do galerii, przez Tokio, potrzeba około godziny w jedną stronę. Szkoda, że pojechałem przez centrum… Ale człowiek jest mądry pakcie. Niech te kredki i tusz, wiedzą jak się dla nich poświęcam. Wjechałem na podziemny parking, i znalazłem wolne miejsce. Też było to trudnym zajęciem, są godziny szczytu, ludność wraca z pracy i inne… Otworzyłem drzwi i wysiadłem. Zamknąłem pojazd i poszedłem do jednej z kilkunastu wind… Ludzie, ja już nie pamiętam jak, wyglądają schody! W moim apartamentowcu winda, w wytwórni widna… I tak jestem zadowolony z tego, jak było by odwrotnie, narzekałbym, że wszędzie są schody… Ja i moja logika. Z kilkoma innymi osobami rozpocząłem proces wjeżdżania na górę. W dodatku cały czas czułem, jak ktoś się na mnie gapi. I nie, nie było to mój tyłek! O moja słodka gitaro! Jadę z jakimiś licealistami, i co gorsza. - szeptają między sobą, i zerkają na mnie! Może mnie poznały… to będzie tragedia, zaraz się wszystkie zleca i mnie zmasakrują.

Maszyna zatrzymała się na parterze, i wszyscy zaczęliśmy wychodzić. Musiałem się szybko ulotnić, sytuacja robi się trochę niebezpieczna. Muszę teraz załatwić, to po co przyjechałem. Byłem już blisko ruchomych schodów, i miałem zamiar wjechać na piętro, a potem na następne, gdyż dopiero tam było sklepy kosmetyczne i z dodatkami i biżuterią, kiedy usłyszałem piskliwe głosiki.

- Ano, przepraszam… - zaczepiła mnie jedna z licealistek z windy.

Znudzonym wzrokiem popatrzyłem na nie. Naprawdę nie mam ochoty na żadne rozdawanie autografów. Chciałem je zbyć. Hmm… Ciekawe, czy mam nadal w kieszeni płaszcza moje okulary? Mogą mi się przydać, a w ogóle, to powianiem je mościć częstej, jak kazał okulista.

- Tak, o co chodzi? – zapytałem, ponaglającym tonem. Ludzie, nie mam czasu…

- No bo, jesteś bardzo podobny do jednego wokalisty, i może nim nie jesteś? – zapytała jedna, a druga była wpatrzona we mnie jak  sroka w kość. Cóż, moja odpowiedź jest chyba jasna.

- Przepraszam, ale to jakaś pomyłka – oznajmiłem, i chciałem iść, kiedy jedna złapała mnie za rękaw. Nosz kurwa… Czy nie dociera?

- Naprawdę jest pan do niego bardzo posobny – upierała się. – Sono, z Matenrou Opera.

- Nie przepraszam – zabrałem rękę i czym prędzej wszedłem na ruchome schody. Sytuacja była już nie bezpieczna, ale jakoś się udało. Wyciągnąłem okulary, o których sobie wcześniej przypomniałem. Może teraz mnie nie skojarzą? Mam nadzieję, chcę w spokoju kupić kredkę do oczu. Zszedłem z ruchomego stopnia, i od razu poszedłem do jednego z salonów kosmetycznych. Wszedłem i od razu skierowałem się na dział z kosmetykami. No to szukamy…

Odnalazłem wzrokiem moją ulubioną kredkę, a potem eyeliner. Teraz musze znaleźć puder i podkład. Poszedłem do innej półki i przykucnąłem by znaleźć odpowiednie dla mnie. To na pewno był ciekawy widok. Facet, przekopujący się przez różne odcienie i rodzaje pudru i podkładu. Na pewno wygląda to niesamowicie.

- Może w czymś pomóc? – usłyszałem nad sobą. – Szuka Pan czegoś dla dziewczyny?

Spojrzałem don góry. Stała tam kobieta około trzydziestki, uśmiechając się do mnie. O naiwna, myślała pewnie, że szukam czegoś „dla dziewczyny”.

- Nie - rzuciłem, zabierając puder, na który zdecydowałem się kilka sekund przed jej przybyciem. – To dla mnie. – wyjaśniałem, potakując jej ręce w których trzymałem trzy kredki(czarną, standardową, a po tym, białą i szarą-połyskującą, na jakąś imprezę czy coś… Na pewno się przyda i jest ładna), puder i bardzo jasny podkład.

Jej uśmiech znikł z twarzy, a na jego miejsce wstąpił dziwny grymas. To pewnie jedna z tych kobiet które z żalem wspominają czasy dawnej muzyki, kiedy nie było tych całych „Iksów”.

Zadowolony z siebie udałem się do kasy. Moje szczęście, ze nie było ludzi, wiec będzie szybko. Położyłem przez panią rzeczy, trzymane przez mnie w rękach, i sięgnąłem do kieszeni by wyjąć portfel. Poczekałem, aż kobieta nabije wszystko i jak tyko zobaczyłem cenę, wyciągnąłem kilka banknotów. Mogłem też zapłacić kartą, ale z dużo pracy… Zabrałem resztę, i reklamóweczkę z kosmetykami i schowawszy portfel wyszedłem ze sklepu. Stanąłem przy wyjściu. Zastanawia mnie czy nie potrzebuję czegoś jeszcze. Jutro będę zmęczony psychicznie za zakupu, wiec załatwię to dzisiaj. Ruszyłem raźno korytarzem. Przechodziłem obok  jakiejś kawiarni, rozglądając się po sklepach kiedy zatrzymałem się w skoku. Otóż, w kawiarni, przy filiżankach z parującą kawą siedział Yuu, a naprzeciw niego, nie kto inny jak perkusista Versailles! Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie pewien mało istotny szczegół – dlaczego, do cholery, oni trzymają się za ręce?!

Szedłem galerią, zastanawiając się nad tym, co zobaczyłem kilka minut wcześniej. To było trochę dziwne. Nie sądziłem, że osobą, z którą jest Yuu, to perkusista Versailles. Nie mogę jednak pochodnie oceniać tego co zobaczyłem… To mogło być na przykład zwykłe spotkanie kumpli po fachu. Wtedy jednak nie trzymali by się za ręce… A może Yuu zmarzł w ręce? Chyba nawdychałem się czegoś w biurze lidera, skoro tak bredzę.  Spokojnie, ustalę fakty, wszystkie, jaki stały się w ciągu ostatnich dwóch dni, a zrobię to przy szklance czegoś mocnego, by lepiej to przyswoić. Może wtedy jakoś sytuacja się rozjaśni, bo to jakiś spiek! You statuuje do Ayame, a dokładnie w tym samym czasie Kamijo-san gapi się na mój tyłek… Może to robota kogoś trzeciego? Nie wiem.

Wracając do  dwójki perkusistów – chyba się z szoku nie otrząsnę. Dużo łatwiej by mi było zwyczajnie tam wejść i zapytać, pogratulować, czy wykazać jakąkolwiek reakcję. Nie zrobię tego jednak, spróbuję wymazać ten obraz ze swojej świadomości… No kurcze, nie mogę. Ciekawość mnie zżera. Dlaczego Yuu nic nie powiedział? Przecież sam też wolę tą samą płeć(tyle że on, ani nikt, o tym nie wie), nic bym mu nie zrobił. Chyba że, to na prośbę Yuki’ego-san, nic nie mówił. Z kolei jeśli on nie wie, że ze strony szefa nic mu nie grozi, to powiem mu osobiście, jak czułem jego spojrzenie na moim jestestwie. 

Muszę przyznać, że ładnie razem wyglądają. I jak się dobrali! Perkusista z perkusistą! To niesamowity zbieg okoliczności. Ale pasują do siebie, to przyznać muszę. Obydwoje są spokojni i cisi, i naprawdę ładnie wyglądają… Chyba się rozpędzam… Ale przyjaźniej jedna zagadka rozwiązana(zostało jeszcze:… Sporo). 

Kurcze. Skoro Yuu rzeczywiście jest z kimś, Anzi na osiemdziesiąt procent też, a Ayame oddala się z You, znaczy że – będę sam… Umrę, nie zaznawszy miłości, a na moim pogrzebie będzie Ayame z You, jako szczęśliwa para, a ja? Raczej nie będzie mnie to już obchodzić… Muszę zabrać się w końcu w garść, i zabrać się za moją miłość, bo moja mroczna wizja się sprawdzi.

Myślenie odłożę jednak na potem, tak jak mówiłem, pomyślę, przy czymś mocnym. A skoro już jestem w galerii, to pora sobie coś kupić. Jutro mogę nie mieć czasu. Zatrzymałem się i wyjąłem z kieszeni spodni telefon. Jest już po szóstej? Czas naprawdę szybko leci. Schowałem telefon z powrotem do kieszeni, i ruszyłem przed siebie, do jednego ze sklepów odzieżowych. W sumie, nie wiedziałem, co miałem kupić. Idę na żywca – jak mi się coś spodoba, to kupię. Spacerowałem pomiędzy wieszakami, oglądając spodnie. Spodobały mi się jedne. Czarne, obcisłe, z jakimiś ozdobnymi szwami, zamiast zwykłych.  Studiowałem właśnie ich metkę, poważnie zastanawiając się nad kupnem. Musiałbym znaleźć na wieszaku swój rozmiar. Zawiesiłam parę na mnie, i znalazłem właściwe. Wezmę je, musze tylko znaleźć coś, co będzie do nich pasować. Razem ze spodniami w rękach, przeszedłem na drugą stronę sklepu, tam gdzie były bluzki i rzeczy „na górę”. Tylko co będzie do nich pasować? Może zwykła koszula, na przykład bordowa? Chociaż nie, mało mi się podoba, no i mam już taką, tyle, że w niej nie chodzę. Może zwykła biała? Albo biała z czymś?

Poszedłem do jednego z większych wieszaków i zabrałem pierwsza rzecz. I chyba mam szczęście… Była  to bluzka z długim rękawem, ale te rękawy były pocięte. Wyglądało to bardzo fajnie. I miała, jak na męską bluzę, dekolt, odsłaniała ramiona i trochę obojczyków. Była z białego, delikatnego materiału. I oto znalazłem sobie coś, co pasuje do spodni. Nie zastanawiając się poszedłem załatwić formalności.

Z galerii wyszedłem koło wpół do ósmej. Z kilkoma torbami ze sklepów. Byłem zmęczony, a muszę zrobić listę faktów. Jutro będę jeszcze bardziej zmęczony, skoro na próbę przyjdzie Kamijo-san. Biję się… Zjechałem na parking i wyciągnąłem z kieszeni kluczyki do samochodu. Odblokowałem zamki i położyłem wszystkie moje nowe nabytki na tylnym siedzeniu. Usiadłem za kierownicą i odpaliłem samochód. Droga do domu była przynajmniej krótsza, ze względu na godzinę. Było odrobinę mniej  samochodów, więc było mniej korków.

W domu byłem trochę ponad półgodziny później. Wjechałem na swoje piętro z tymi wszystkimi torbami. Zastanawiając się  czy najpierw mam iść do łazienki, a potem zając się lista, czy odwrotnie. Wyszedłem z windy i poszedłem korytarzem o swoich drzwi. Otworzyłem je, i wszedłem do środka. Położyłem zakupy na podłodzie, a sam zacząłem zdejmować szalik i płaszcz. Teraz musze rozwiązać te przeklęte buty. Kiedy skończyłem podniosłem się z podłogi, i zabrałem torby do sypialni. Zabiorę stamtąd bokserki i pójdę do łazienki. Daruję sobie dziś kąpiel, jeszcze usnę w wannie, i mogę się jeszcze utopić. I co będzie…?

Zamknąłem drzwi do łazienki, i w drodze do prysznica  zdjąłem koszulę, a potem spodnie i bieliznę. Wszedłem pod prysznic i odkręciłem wodę. Sięgnąłem po czekoladowy żel pod prysznic(większość moich kosmetyków ma właśnie taki zapach – czekolady, uwielbiam ją). Nie przeciągając zbytnio – załatwiłem co miałem załatwić, i w samych bokserkach wyszedłem z łazienki. Poszedłem do mojego ”biura”, po jakąś kartkę, i długopis. Zabrałem kartkę od drukarki, i długopis z biurka . Hmm… Przyda się jeszcze jakaś podkłada. W tym celu zabrałem z regału książkę(o alkoholach, nawet nie wiem, że taką mam). Acha, no i coś dla lepszego myślenia. Nalałem sobie trochę jakiegoś koniaku. Z tym wszystkim poszedłem do swojej sypialni. Położyłem kanciastą szklankę na szafce nocnej.  Usiadłem na łóżku(którego nie chciało mi się nawet rano pościelić…), i ułożywszy książkę na nogach zacząłem się zastanawiać. No to punkt pierwszy, listy dziwnych faktów z ostatnich dni.

1. You startuje do Ayame – sytuacja dziwne

2. Kamijo-san, mówi o koncercie, nasz manager prawe o nim nie wie, patrzy się na mój tyłek, wprasza się na naszą próbę – sytuacja dziwniejsza, wręcz kosmiczna. 

3. Yuu i Yuki-san – czarna dziura niewiedzy…

I tak się wszytko maluje. Dwa ostatnie punkty sobie na razie daruję. Zajmę się moim położeniem względem Ayame. Muszę wyciągnąć od You cel jego zachowania. Tylko jak? Nie mogę dopuścić, by ta dwójka poczuła miętę, mogę być chamem stulecia, ale nie dopuszczę. Myśl Sono, myśl. Co możesz zrobić? Mogę powiedzieć prawdę, ale tego nie zrobię, z wyższych porodów. Sięgnąłem po szklankę z koniakiem. Ciekawe, czy rzeczywiście będzie się od tego lepiej myśleć…

Mam(a jednak – alkohol pomaga w myśleniu)! Skoro You zaczął nagle startować do Ayame, to ja zacznę ”startować” do niego. Odciągnę go od blondyna, i dowiem się po jakim lodzie stąpam. Plan idealny w swej prostocie, aż dziwne że wcześniej na niego nie wpadłem! Zaraz, od jutra się za to zbiorę. Może jest kilka nieścisłości, ale zastanowię się nad nimi rano, przez próbą, na której wcielę plan w życie. Szczerze, to nie jestem całkowicie zadowolony z tej taktyki, ale nic lepszego nie wymyślę, no i Ayame będzie „bezpieczny”, przez ewentualną próbą zabawienia się przez basistę, bo tego to bym mu nie wybaczył. Nie jestem też zadowolony, że będę musiał kłamać, że kogoś lubię, ale nie mam innego wyjścia. Może dzięki temu jakoś polepszy się cała sytuacja.

Dopiłem złotawy płyn do końca i odłożyłem szklankę. Zabrałem jeszcze długopis, i zrobiłem małą adnotację po punktami. 

Ad. 1 – Rozwiązanie, jak na razie znalzione.

No, czyli jako-tako wszystko ustalone, czyli mogę spokojnie iść spać. Wstałem jeszcze, poprawiając pościel, i wślizgnąłem się do łóżka. Muszę jeszcze nastawić budzik, na godzinę dziewiątą. Położyłem się, patrząc w sufit. Zagnałem oczy, i pogrążyłem się w myślach dotyczących  blondynka. Jak cudownie by było, gdyby leżał ty teraz ze mną… Móc się przytulić do Jego pięknego ciała, i czuć jego zapach… Pogrążony w moich na wpół sennych marach zasnąłem.



Udało mi się zaleście cały tekst na dysku do tego opowiadania. Nie mam kompletnie żadnego, nawet zielonego pojęcia, jak tekst był pocięty na rozdziały pierwotnie, więc daję na czuja, tam gdzie będzie się w miarę sensownie kończył. Udało mi się znaleźć też stary zeszyt, wiec część tekstów i pomysłów udało się odzyskać. Wstawię to tutaj z sentymentu i zobaczymy co dalej :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz