sobota, 1 stycznia 2022

Princess Ayame - rozdział 2 [ SonoAyame]

Gwałtownie otworzyłem oczy, słysząc pierwsze sygnały budzika. Na ślepo, sięgnąłem ręką, i zabrałem telefon, i go wyłączyłem. Jak mi się wstawać nie chce.  Poleżałem tak kilka minut,  po czym gwałtownie się podniosłem.  Naciągnąłem, by rozprostować stare(tak… czasami czuję się starty) kości, i wstałem, idąc do szafy. Aaa! A to tylko moje odbicia… Jak to ’’dobrze”, że mam szklane drzwi do szafy. Zawsze rano mogę się podziwiać…  Nie zawsze jest to przyjemne, przysięgam. Moje włosy łamią prawa grawitacji. Rozsunąłem przesuwane drzwi. W co mam się ubrać? Założyłbym coś z tych rzeczy, które wczoraj kupiłem, ale jako że dziś ma być szef na próbie, to sobie odpuszczę. Sięgnąłem po białe spodnie, i zacząłem wybierać bluzkę, jaka będzie dobrze wyglądać z tymi spodniami. Jak chcę ”uwieźć” You, to muszę jakoś wyglądać. Oby tylko ze strony Kamijo-san nie było nic, poza patrzeniem. Zabrałem szarą bluzkę z rękawem do łokcia, z dziwnym rysunkiem z przodu. Jakoś to będzie wyglądać.


Razem z ubraniami poszedłem do łazienki, by się odświeżyć po nocy. Położyłem rzeczy na szafce, i zabrałem szczoteczkę do zębów.  Kiedy skończyłem, przepłukałem twarz wodą. Odszedłem od lustra, by założyć spodnie i koszulkę. Jak się nawiew uczeszę, to zniszczę włosy.  Wciągnąłem na siebie spodnie, a zaraz za nimi bluzkę. Sięgnąłem do szuflady komody z bielizną – musiałem znaleźć sobie skarpetki. Zacząłem sobie kopać w szufladzie, kiedy moja ręka zatrzyma się w połowie drogi. Znalazłem zakolanówki Ayame.  W MOJEJ szafce, gdzie trzymam bieliznę! A skąd one się tam wzięły… Aha! Nocował u mnie kiedyś, gdzieś parę miesięcy temu. To właśnie po tej nocy, kiedy leżał obok mnie, zdałem sobie sprawę, że go kocham. No tak, zostały mi tylko jego rajstopy… Jakkolwiek to nie brzmi. A tak na marginesie, to uwielbiam, jak ma je na sobie. Wygląda tak uwodzicielsko, no i ma ładne nogi. Musze mu je chyba oddać…

Zabrałem co zabrać miałem, i z powrotem znalazłem się przez lustrem. Rozczesałem je szczotką, i potraktowałem prostownicą. Zabrałem srebrną kredkę, kupioną wczoraj, i zacząłem nią obrysowywać oczy, a potem zabrałem czarną, i domalowałem nią końcówki oczu. Ogólnie – wyglądałem nieźle, i mogę się ludziom pokazać.  Wyszedłem z łazienki, i poszedłem do korytarza. Zabrałem się za ubieranie butów, ładnie wyglądają, ale kiedy sznurujesz je codziennie, to masz dość. Sięgnąłem płaszcz i szakli i założywszy go wyszedłem z domu. 

Jadąc windą na parter, rozważałem na ważną kwestią, mianowicie – jak mam zbliżyć się do You? Bo to jest najważniejsza z kwestii. Kiedy tak nad tym myślę, to chyba najlepszy rozwiązaniem będzie zwyczajne zagadanie. Albo, mogę go poprosić, by pomógł mi postarać po próbie… Dobra, jakoś to będzie.  Znalazłam się w holu, teraz tylko wyjść na dwór, a jest zimno… Nie lubię zimna. Zebrałem się na odwagę, i popchnąłem drzwi. W moja twarz uderzył lodowaty podmuch. Jej… I niby jest marzec?! Ja składam zażalenie… Przeszedłem na parking, i poszukałem wzrokiem mojego samochodu… Tylko gdzie ja go postawiłem… A jest! Pobiegłem tam, spuszczając głowę, przez podmuchem wiatru. Otworzyłem je, i szybko wsiadłem. Naprawdę, jest zimno, dlatego zaraz włączyłem ogrzewanie, by mi palce na kierownicy nie zamarzły, bo jakby to potem wyglądało? Wokalista bez palców… Silnik zapalił dopiero za druga próbą,  a to cholerstwo!  Ale ważne, że się udało, i szczęśliwy wyjechałem z parkingu. Jest pięć po dziesiątej, wiec na jedenastą zapewne zdążę.

Jadąc do studia, modliłem się, by tylko szefa nie było na próbie. Może trochę przesadzam, ale ja się tego człowieka boję. Dla mnie on jest strasznym wampirem, i  zdania nie zmienię! Chyba że, osobiście wyrwę mu kły… Ale i tak będę się bał(zawsze mogą odrosnąć…). Z takimi, i podobnymi myślami dojechałem po studio. Fakt, spóźniłem się, ale nie moja wina, że były korki. Na parkingu stały samochody reszty chłopaków, czyli są. A jak zawsze muszę być ostatni. Kurczę, dlaczego nie wiem, jakim samochodem jeździ szef, wiedziałbym czy jest. Trzeba się tym zainteresować. No chyba że, jeździ powozem… Wtedy nie miałbym problemu, coś takiego łatwo zauważyć w Tokio. Jej, chyba coś mi się w głowę dzieje, mam dziwne myśli.  

Wyszedłem z samochodu i zamknąwszy go poszedłem do wejścia. W holu jak zawsze było przeraźliwe cicho, jeśli nie liczyć tykania dużego zegara. Wszedłem do widy, która akurat była na dole i nacisnąłem guziczek z czwórką. Winda wjechała na piętro, a ja nadal nie wiedziałem, jak mam zacząć rozmowę z basista. Chyba będę musiał iść na żywioł, wykorzystując pierwszą lepszą okazję. Tylko czy taka będzie? Od tych dwóch dni, stale jest w pobliżu Ayame(co mnie trochę martwo, może są już razem?). A ja nie wiem, co mam robić, bo nie wiem na czym stoję. Jestem bezsilny…

Przeszedłem białym korytarzem, zdejmując szalik, i rozpijając pierwsze guziki płaszcza. Jestem spóźniony… piętnaście minut. Może mi to jakoś darują, bo rzadko się spóźniam, i jestem wyrozumiałem liderem zespołu. Zatrzymałem się przed drzwiami. W mojej głowie odbijało się pytanie, czy w środku jest ktoś jeszcze, poza zespołem, bo straszna tam cisza. Niepewnym krokiem wszedłem do środka. 

W Sali prób był na szczęście cały zespół, bez żadnych innych gości. Nie zwrócili nawet uwagi, na to że wszedłem. Yuu zajęty był jakąś gazetą, i piciem soku pomarańczowego, Anzi znowu maltretował swoją gitarę(widocznie pęknięta struna niczego nie uczy…), You bawił się telefonem, jednym okiem zerkając na Ayame, siedzącego przez klawiszach, i rozplątującego kabelki. Współczuj mu… Ale tak cudownie wyglądał siedząc na podłodze, z kablami wokoło. 

- Przepraszam za spóźnienie, korki były – wyjaśniłem, zawieszaj płaszcz, i przerywając względną ciszę, bo gitara, i ci jakiś czas grające klawisze się nie liczyły. 

Usiadłem obok You, który spojrzał na mnie, sam nie wiem jak… Na początku normalnie, jak zawsze się patrzy na przyjaciela, a potem jest wzrok zrobił się drapieżny… Chyba tak bym to określił . Poczułem się przytłoczony jego spojrzeniem, i zrobiło mi się nieprzyjemnie. Dlatego że, mam

wrażenie, że to, co dzisiaj zrobię – to tak jakbym zdradził Ayame. I nie najlepiej się z tym czuję, mam ochotę zwymiotować. 

- Ale wyglądasz – zagwizdał z podziwem basista, chowając telefon. – Jakbyś szedł na randkę – powiedział,  jakby odkrył najoczywistszą rzecz na świecie, i dopiero teraz się o tym przekonał. On się na mnie nie ‘’patrzył”, tylko znowu ktoś bezczelnie się we mnie wgapia. Czułem się gwałcony jego spojrzeniem. To było jeszcze gorsze, niż wczorajsze doświadczenie w biurze szefa. Nie powinien się tak patrzeć, skoro zajmuje się Ayame, chyba że, rzeczywiście chce się tylko zabawić. Wtedy mu nie daruję. 

Za jego spojrzeniem(nadal gwałcącym) podążyły inne. Dlaczego wszyscy robią takie coś, z powody moje ubioru. Muszę jednak przygnać, że czułem się mile pogłaskany po głowie, że aż taki wrażenie wywarłem. Szczególnie na Basiście. Będzie mi łatwiej się nim zająć. Potem…

Perkusista zaśmiał się, patrząc na mnie znad gazety. – Może spotkał jakąś pannę, to i się wystroił – oznajmił, trącając łokciem gitarzystę. – Ładna chociaż? – zapytał. Byłem zdziwiony ich zachowaniem. Jak człowiek ładniej wygląda, to zaraz idzie na randkę, czy gdzieś, a jak  człowiek nie wygląda za dobrze, bo zastał, to zaraz ma depresję, i jest rzekomo podłamany. Popatrzyłem, niby przypadkiem, na podest, gdzie stały instrumenty. Blondyn tez się patrzył na mnie zaciekawiony, spuścił jednak wzrok, kiedy na niego spojrzałem, i na nowo zaczął ‘’bawić’ się kablami. Ale spojrzał na mnie! A to było już coś! 

- No powiedz – domagał się nadal perkusista, wlepiając we mnie swe gały. To już robiło się dziwne musze go uciszyć. 

- Zostaw go – Anzi trzepnął go w tył głowy, dostając w zamian prychnięcie i obrażone spojrzenie. – Jak będzie chciał, to powie, i niekoniecznie musi mieć randkę, co Sono? – zapytał mnie, z cwanym uśmiechem. Jego tęczówki latały ode mnie do… klawiszowca! Domyślił się?! O matko! Popatrzyłem na niego ze strachem, o on tylko się diabelsko uśmiechnął, i pokiwał głową. 

 – A gdzie kupiłeś takie spodnie, ładne są? – zainteresował się, spoglądając na mój dół, by po chwili spojrzeć mi w oczy. Miałem tego dość. Chcę zacząć próbę, bo im dłużej będziemy tutaj siedzieć, tym większe jest prawdopodobieństwo, że nawiedzi nas wokalista Versailles.   A tego bym sobie nie życzył. 

- W centrum handlowym – rzuciłem idąc na podest, do mojego mikrofonu. -  Ostatnio dużo tam ładnych rzeczy, a ile ciekawych osób można spotkać, aż szok człowieka ogrania. Na to kto z kim może być – popatrzyłem mu prosto w patrzyły. Niech się ta istota się domyśli. Chyba podziałało, bo jego  policzki delikatnie zaróżowiały. Wszyscy popatrzyli na mnie zdziwieni, ale nic więcej nie powiedziałem. Miałem dość. Już jestem zmęczony dniem dzisiejszym , a nawet się nie zaczął. 

- Zaczynamy próbę, proszę – włączyłem mikrofon. Wszyscy(konkretnie Anzi i Yuu), podnieśli się z dotychczasowych miejsc, i ruszyli do podestu. Mam im powiedzieć o tym, że możemy mieć gościa? Chyba tak będzie lepiej, niż potem mają być zaskoczeni. 

- Być może, prawdopodobnie, będziemy mieli gościa na próbie – oznajmiłem, poprawiając bluzkę.  

- Kogo? – Zaciekawił się Ayame, stajać obok. Pojawił się tak nagle, że aż podskoczyłem. Blondynek zrobił przepraszającą minę, ale uśmiechnąłem się tylko do niego. – Być może pojawi się Kamijo-san – oznajmiłem. 

- Dlaczego ma przyjść? – wystraszył się perkusista. 

Czy on się boi? Bo odniosłem takie wrażenie. – Ma tylko przejść posłuchać naszych piosenek, koncert się zbliża…

- Jaki koncert się zbliża? – zainteresował się gitarzysta. Jej, czemu wszyscy muszą się pytać nagle o wszystko. 

- Powiem wam jutro, jak ustalę szczegóły dzisiaj - oznajmiłem. - Zaczajamy w końcu...

- Koniec! - oznajmiłem, z wielkim uśmiechem. Kamijo nie było na próbie, więc byłem z tego bardzo zadowolony, i mogę wcielić mój plan w życie. 

- Tak krótko? - Nie dowierzał Anzi. Cóż, próby zawsze były dłuższe, to fakt. Jest dopiero trzecia, zawsze jakoś się nam przeciągało. Ale dlaczego on narzeka?

- A chcesz zostać dłużej? - zaprałem ironicznym tonem, patrząc na niego pod rzęs. 

- No nie - zaprzeczył od razu, unosząc ręce, jakbym miał do niego strzelić... No co za człowiek. 

Wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia. Jak ja mam to rozegrać? O matko! Nie myślałem, że to takie trudne będzie... Muszę mieć pretekst do rozmowy. Tylko jaki? A co mi tam, pójdę na żywił...

Wolnym krokiem obrzuciłem jeszcze naszą salę szukając natchnienia. Mam! A jednak - szukajcie a znajdziecie się sprawdza...

- You! - krzyknąłem. Basista zatrzymał się. Co mnie zdziwiło, to to, że Ayame też popatrzył na mnie, zaskoczony. Podszedłem do szatyna, z lekkim, wręcz uwodzicielskim uśmieszkiem. - Pomógłbyś mi w sprzątaniu sali? - Zapytałem. To co prawda banalne, ale lepsze to niż nic. 

Basista zamrugał, zaskoczony moją prośbą, i wyraźnie nie wiedział co ma zrobić. Popatrzyła na mnie, jakby chciał mnie wycenić... To nie był chyba najlepszy pomysł. 

- Ja mogę zostać - zaoferował się klawiszowiec, podchodząc do mnie. - Jeśli You nie może... - Ktoś klepnął mnie w ramię, po głosie poznałem naszego blondynka. O matko! jak tylko zacząłem gadać z You, to on sam przyszedł... Ale paranoja!

- Nie, nie. Mam czas - natychmiast odpowiedział szatyn, wymuszając uśmiech dla blondyna. - Pomogę - uśmiechnął się do mnie, a ja znowu poczułem dreszcz. Dlaczego nie mógł sobie iść. 

- Ok - rzucił klawiszowiec, odchodzą ode mnie. No, tego robić nie musiał...  - To na razie. Pożegnał się, i wyszedł, a za nim Yuu i Anzi, patrzący na mnie dziwnym wzrok, którego nie umiałem odgadnąć. 

Razem z basistą zabrałem się za uporządkowywanie sali prób. Nie odzywaliśmy się do siebie, a mimo to, czułem, jak na mnie patrzy. Nie czułem się z tym dobrze, a wręcz było mi fatalnie. Nie lubię, jak się na mnie patrząc, co innego jest na cenie, ale nie w ten sposób, jak on - jakby chciał się na mnie rzucić. 

Najgorsze było, że chciałem pogadać na temat Ayame, ale nie wiedziałem jak. Nie da się, tego tak zrobić, by się nie domyślił. Ten mój pomysł był kiepski, nie ten ze zbliżeniem się do szatyna, bo ten był genialny z swej prostocie( i nawet działa tak dobrze, ja się nie spodziewałem - Ayame sam przyszedł!), tylko ten ze sprzątaniem. Nic gorszego chyba nie mogłem wymyślić! 

- Sono-kun? - Usłyszałem nad sobą. Lekko się wystraszyłem, bo głos szatyna wyrwał mnie z zamyślenia, więc poleciałem do tyłu, opadając na moje szanowne litery. 

- Tak... - podniosłem się. Prawe krzyknąłem, kiedy poczułem ręce basisty, pomagające mi wstać. To było za wiele. Gwałtownie się od niego odsunąłem, spoglądając na niego przestraszonym wzrokiem. 

Na jego twarzy pojawił się cwany uśmieszek. Nic dobrego nigdy(!) z moich planów nie wynika, i oto mam tego najlepszy przykład. Toć, zaraz będę zgwałcony  bo na to wskazuje do mina, to że do mnie podchodzi! Proszę, niech ktoś tu przyjdzie, nawet Kamijo-san, będę mu sprzątał gabinet, ale niech tu przyjdzie...Że też te cholerne drzwi muszą być po drugiej stronie! 

Nagle się otwarły, a do środka zajrzała wyfarbowana na biało głowa, za chwilę do naszej sali wszedł drugi gitarzysta Versailles - Teru. Jak ja Ci dziękuję!

- Sono-kun, Kamijo prosi Cię do siebie – oznajmił

Szybkim krokiem przemierzałem korytarz. Jak dobrze, że pojawił się gitarzysta Versailles. Myślałem, że do czegoś dojnie… To chyba nie był najlepszy pomysł. Próba uwiedzenia basisty nie była najlepszym rozwiązaniem i okazała się tragedią, była chyba moim najgorszym przeżyciem. No a Ayame sam proponował mi pomoc… I to mi się najbardziej spodobało, i szkoda że You pokrzyżował mi plany. T całkiem dobrze zadziałało – mógłbym to sprytnie wykorzystać. Im bardziej zbliżę się do You, tym bardziej Ayame będzie zazdrosny i sam do mnie przyjdzie. Jednak za dużo tym ryzykuję. Na przykład to, że całkiem niespodziewanie basista coś do mnie poczuje(w co szczerze wątpię…). Nie mógłbym go wtedy odrzucić – nie umiem bawić się uczuciami, boli mnie w tedy. Wiem… Niby co teraz robię? Tylko że You na razie chce tylko mnie ”zaliczyć” – takie mam odczucia, i tak się zaprezentował. Więc nie miałbym jakiś dużych wyrzutów sumienia; chyba że naprawdę, w jakiś magiczny sposób poczułby coś do mnie – nie miałbym odwago go wtedy odrzucić, bo wiem jak boli nieodwzajemniona miłość, wiec zapewne tkwiłbym w takim związku jednostronnym.  A jeśli… Dlaczego w  ogóle Ayame zaoferował mi pomoc? Może on też chce się tylko zabawić? Nie wiem co bym wtedy zrobił… Kocham go, i oddałbym mu się bez żadnego sprzeciwu, ale nie chcę żyć w takim związku. To byłoby chore. 

Mimo że byłem piętro wyżej, i dość daleko do You, nadal trzęsły mi się ręce. Byłem zdenerwowany, i chyba nawet się wtedy bałem, że naprawdę do czegoś dojdzie. A tego bym sobie nie darował, bo to byłoby w sumie z mojej winy. No i nie chciałem z nim spędzać nocy – chciałem się tylko dowiedzieć, co czuje do klawiszowca, o ile w ogóle coś czuje. Bo jeśli tak, to czemu tak się zachował w stosunku do mnie? Ja osobiście nie wiedzę jakiegoś racjonalnego powodu. 

Szybko wszedłem do przedpokoju, przez gabinetem szefa. Ciekawe czego on chce? Set listę miałem mu przynieść w poniedziałek, a jest dopiero środa… Więc o co może chodzić? Może wysłał Teru, ratując tym moje życie, ale chyba nie ma jakiegoś szóstego zmysłu? Bo co ja wtedy zrobię? 

Wziąłem kilka głębokich oddechów, i uspokoiłem się, bo nadal trząsłem się jak galaretka. Kiedy już ręce przestały drgać, zapukałem cicho, i ostrożnie nacisnąłem klamkę.  Nikt nie protestował, więc wszedłem dalej. 

Kamijo-san siedział przy swoim biurku, stukając palcami w klawiaturę laptopa. Chyba mnie nawet nie zauważył, czy usłyszał… Postąpiłem kilka kroków naprzód, patrząc na skupioną twarz szefa wytwórni. 

- Nie sądziłem, że tak szybko przyjdziesz – uśmiechnął się o mnie, odrywając wzrok od ekranu. – Teru lubi zagadywać ludzi, można powiedzieć, że nie zamyka mu się jadaczka… 

Uśmiechnąłem się, trochę nerwowo, ale może tego nie zauważył. Przecież mu nie powiem, że nie dałem nawet białowłosemu dojść do słowa, bo szybko wybiegłem z sali, uciekając przez kolegą z zespołu, i prawe całą drogę do jego gabinetu przebiegłem. Co by sobie wtedy pomyślał? 

- Chciał mnie pan widzieć, prawda? – zapytałem grzecznie. No bo po co byłem mu potrzebny? Chciał sobie na mnie popatrzeć? Mógł sobie powiesić moje zdjęcie, taniej by go wyszło… 

- Przegapiłem waszą próbę – oznajmił. No przecież widziałem, że go nie ma. Nie jestem ślepy. Chyba ze, zamierza nas nawiedzić, na jutrzejszej… Ale ja nie chcę! Będę się czuł osaczony. Z jednej strony Ayame, a drugiej You, a z przodu Kamijo-san. Jak zwierzę w klatce. – Jutro też macie próbę, tak? – I po ja się tyle odzywa? 

Potaknąłem potwierdzająco głową. I tak nie mogę mu zabronić. Za dużo ryzykuję. A nie mogę dopuścić by nas wywalił. Bo co niby w tedy zrobimy? – Na jedenastą – powiedziałem. Może też wypadnie mu jakieś spotkanie, i nie będzie mógł przyjść? Bardzo bym się ucieszył z tego powodu…

- W takim razie przyjdę – zdecydował. – Będę u was do  półgodziny jutro, chyba że, coś mi wypadnie. 

Nawet nie wiem, jakbym tego chciał. Nie ufam mu. On czegoś ode mnie chce, ale gra podstępem. Wiem to, czuję to od niego. Nigdy się mną nie interesował, więc coś musiało mu się stać. Albo zawarli spisek – on i You – i razem chcą mnie dopaść. Nie było by to za ciekawe… 

- To wszystko, Kamijo-san? – zapytałem grzecznie. Może pozwoli mi już iść. Chciałbym iść już do domu. Nie marzę o niczym innym, jak położyć się na łóżko i iść spać.  

- Tak, chyba tak… - zastanowił się. Oby nic już nie chciał, proszę. Naprawdę mam już dość na dzisiaj. Chciałem się już odwrócić, i wyjść, ale moje jakże cudowne plany przerwał szef wytwórni.  

- Zaczekaj – zatrzymał mnie. Schylił się do szafki, pod biurkiem, i przekręcił kluczyk. Zniechęcony, do dalszego czekania, zatrzymałem się, i spojrzałem na  niego znudzony. Co wymyślił? – Mam dla Ciebie dokumenty związane z koncertem, i chciałbym, żebyś się nimi zajął do jutra. 

Co?! Do jutra? Jak ja niby mam z tym zdążyć? Podszedłem do szklanego biurka, i lekko się nachyliłem, by sięgnąć po plik kartek. Kiedy mi je podawała, przez przypadek, albo i nie, musnął moje palce. Dziwne uczucie – po moim ciele przeszedł dreszcz, ale nie było ta taki przyjemny dreszcz, jaki odczuwam, kiedy przez przypadek musnę dłoń Ayame, to był raczej dreszcz obawy. Że coś mnie spotka niedobrego. A obecności tego blondyna moje zmysły wariują, w tym negatywnym sensie. 

Szybko cofnąłem rękę, i przełożyłem kilkanaście kartek do drugiej ręki. Super… I z mojego spania nici, zajęcie się tym zajmie mi z godzinę. No i muszę pomyśleć nad listą utworów na koncert. Jak zrobię ją wcześniej, będę miał spokój, i skupię się na czymś innym. 

- Dasz mi to na próbie, dobrze? – Poprosił, a ja znowu pokiwałem potwierdzająco głową. Nie miałem ochoty się odzywać. 

- Czy to wszystko? -  zapytałem jeszcze, nie chciałem by jeszcze mnie zatrzymał. A mógłby to zrobić. 

- W zasadzie… - Zastanowił się. Nie, ja chcę już iść, i ciekawe co jeszcze mu się przypomniało? – Nie widzę potrzeby byś tytułował mnie tak oficjalnie – uśmiechnął się, a ja zrobiłem zdziwiona minę. – Wystarczy zwykłe Kamijo, lub Yuuji. Więc nie chcę, byś zwracał się do mnie oficjalnie, w porządku? 

O co on prosi? Nie mogę nazywać go tak! To szef wytwórni, co inni pomyślą! Jeszcze gotowi wymyślić nie stworzone historie. Ta chora sytuacja robi się z każdą chwilą coraz dziwniejsza, a ja już nie wiem co mam robić. Musze stąd wyjść. Chyba osiągnąłem swoje limity na dzisiaj…

- Tak. Do wwiedzenia… Yuuji… - z trudem przeszło mi to przez gardło. Szybko rzucałem pożegnalną formułkę, i jak najszybciej wyszedłem z gabinetu. Miałem wrażenie, że widziałem na jego twarzy uśmiech. Tylko nie potrafiłem określić co on oznaczał. 

Musiałem jeszcze wrócić do naszego studia po mój płaszcz, i szalik. Mam nadzieję, że You już nie ma. Bo wtedy już ni miałbym szans. Na szczęście studio było puste, wiec mogłem przestać się obawiać ataku z zaskoczenia. Szybko ubrałem płaszcz i  wyszedłem ze studia. 

Do domu dotarłem około czterdziestu minut później. Od razu po zdjęciu odzieży wierzchniej, poszedłem zrobić sobie kawy, by nie usnąć przy pracy. Nie lubię papierkowej roboty, wręcz nienawidzę. Razem z zalaną kawą i plikiem kartek, udałem się do mojego gabinetu, by tam zając się tym cholerstwem. Położyłem wszystko na biurku, i poszedłem otworzyć balkon, było duszno, więc niech się przewietrzy. Zasiadłem na swoim fotelu i przeglądnąłem papiery. Pewnie Kamijo-san(przepraszam - Kamijo) nie chciało się ich wypełniać, to zwalił to na mnie… Zabrałem się do prazy. 

Jest ósma, a mi trochę jeszcze zostało… Co za niewdzięczna praca. Jutro skończę, a jak nie, to sobie Kamijo poczeka na te kartki, mam to gdzieś idę spać. Zgasiłem światło, i wyszedłem z pokoju, prosto do sypialni, jak łatwo się domyślić, po bokserki do spania. Zamierzam dotąd leżeć w wannie, dopóki się nie rozpuszczę. 

Zabrałem z szuflady potrzebną rzecz, i poszedłem do łazienki. Odkręciłem ciepłą wodę, i w między czasie zacząłem się rozbierać i zmywać makijaż. Dolałem czekoladowego płynu do kąpieli( większość moich kosmetyków jest o aromacie czekolady, uwielbiam ten zapach, no i lubię czekoladę, zwłaszcza białą). Wszedłem do wody, i „wyłączyłem się”. Nareszcie, coś dobrego mnie spotkało dzisiaj. 

Muszę pomyśleć, jak mam dalej w to ”grać”, no i co zrobić z You, teraz tej sprawy tak nie zostawię. Najlepiej będzie z nim szczerze pogadać, może mi coś powie. Może zamiast tego, powinien się zbliżyć do Ayame? Chyba za bardzo komplikuję sobie życie. Najlepiej gdybym powiedział blondynowi, co do niego czuję, ale nie chcę go stracić, stawka w grze jest za duża. Może odejść z zespołu, i nigdy go już nie zobaczę, a ja wpadnę w depresję. Nie mogę wytrzymać bez niego… Głęboko w mojej świadomości gnieżdżą się pytania co robi, gdzie jest, o czym myśli…? Śni mi się… Czasem widzę tylko jego twarz, a niekiedy dzieje się coś więcej, i mam wrażenie że jego jęki słyszę na jawie, a nie w śnie. 

A jak właściwe się w nim zakochałem? Kiedy zacząłem na niego patrzyć w innej kategorii? Chyba spodobał mi się, pod względem urody, kiedy do nas dołączył. Podobał mi się, ale, tylko powierzchownie. Nie sądziłem, że poczuję coś mocniejszego. Wydało mi się, że to tylko blondynek z ładną buzią, nic więcej. Z czasem zacząłem go doceniać. I coraz bardziej łaknąłem jego towarzystwa. Momotem przełomowym było jego nocowanie u mnie. Nie pamiętam nawet, jak do niego doszło. Ale cholernie polubiłem uczucie, kiedy byłem świadomy, że spał obok mnie. I zapragnąłem by było tak codziennie, w każdą noc. Chciałem by kochał mnie, dla mnie… Wiec ciągnie się o już kilka miesięcy. A on nadal zachowuje się tak, jak na początku znajomości. A mnie to trochę boli…

Nie zauważyłem nawet, kiedy woda zrobiła się chłodniejsza. Wyszedłem z wanny, i sięgnąłem po ręcznik. Wytarłem się, i ubrałem bokserki. Muszę jeszcze zając się włosami. Pochyliłem się nad wanną i zamoczyłem je, i wtarłem trochę szamponu. Ale mam zmasakrowane włosy od farb. Są ja pióra, i chyba wrócę do naturalnego czarnego koloru. Spłukałem pianę, i wytarłem włosy. Poszedłem do lustra i zacząłem je rozczesywać. Chyba naprawdę będę musiał iść do fryzjera. Kiedy je rozczesałem, dokładniej zmyłem makijaż, nie chcę jeszcze zmasakrować skóry, przynajmniej nie bardziej niż jest. 

Kiedy skończyłem, poszedłem do sypialni, nareszcie poszedłem do swojej ukochanej sypialni. Ten chory dzień naroście się  skończył. Jutro w sumie nie będzie lepiej – Kamijo, You i Ayame na próbie, czyli starcie tytanów. A ja sam jednej. Położyłem się, i naciągnąłem kołdrę pod samą szyję. Co za wspaniałą uczucie… 

Wstałem, i naprawdę wielką nie chęcią otworzyłem oczy. Nie chciało mi się wstawać, ani iść na próbę, zważywszy na to, że będziemy mieli niechcianego przeze mnie gościa. A to był dobry powód, by się wymigać, tyle że nie miałem powodu. Podniosłem się z łóżka, głośno ziewając. Od razu poszedłem do szafy, w poszukiwaniu ubrań. Ubiorę te czarne spodnie, i bluzkę z pociętymi rękawami. Przynajmniej będę dobrze wyglądał. Z ubraniami poszedłem do łazienki, wykonać poranne czynności. Zdecydowałem się podkreślić oczy czarna kredką, i poprawić srebrną. Żeby jakoś to wyglądało, dałem jeszcze tusz, co by było widać, że mam rzęsy. Wyprostowałem włosy, i zamieniałem kolczyki w uchu na inne, bo te już mi się nudziły. I założyłem też mojego twista, bo dawno go nie miałem. Po skończeniu, zabrałem telefon z szafki. A tak w ogóle, to która godzina? Włączyłem wyświetlacz. Dziewiąta, czyli mam jeszcze godzinę czasu do wyjazdu. I co ja będę robił? Może skończę tą dokumentację dla szefa, nie musiałbym mu jej potem sam zanosić. Znowu poszedłem do mojego gabinetu. Jej, ale tu zimno. No tak, nie zamknąłem wczoraj drzwi balkonowych. Usiadłem na fotelu i zabrałem się za kończenie pracy, co jakiś czas kontrolując czas. 

Za dziesięć dziesiąta zabrałem wszystkie kartki, i  poszedłem z nimi do korytarza. Odłożyłem papiery tymczasowo na szafkę, i zabrałem się za ubieranie butów i płaszcza… I szalika, bo zimno mi w tej bluzce. Ale czego się nie robi dla wyglądu? 

Już ubrany zabrałem klucze do apartamentu i  samochodu, po czym wyszedłem, i zamknąłem drzwi. Schowałem klucze do wewnętrznej kieszeni płaszcza, odwróciłem się, i poszedłem w kierunku windy. Chciałbym,  pogadać z You, ale nie wiem czy będę miał okazję, a nie zmierzam z nim znowu zostać. 

W recepcji mojego apartamentowca kręciło się  parę osób z obsługi, szybko przez niego przemknąłem i wyszedłem na zewnątrz. Przynajmniej jest cieplej niż wczoraj. Otworzyłem drzwi do samochodu i wsiadłem, prawie przytrzaskując sobie palce. Ma się to szczęście. Bez jakiegoś pośpiechu wyjechałem z parkingu, i włączyłem się do ruchu. 

Miałem dziś wielki szczęście, bowiem jestem już w studiu, a próba zaczyna się za ponad pół godziny. Nigdy nie wierzyłem w to, że uda mi się tak kiedykolwiek wcześniej przyjechać. Szedłem korytarzem do naszej sali prób, zastanawiając się, czy zastanę kogokolwiek z zespołu. Nie wiem, o jakiej godzinie przychodzą, ja zwykle przychodzę z pięć minut wcześniej, tak zawsze mi się udaje. Wszedłem do naszej sali, i uważnie rozejrzałem się po pomieszczeniu. Nie było nikogo. Pewnie jeszcze są w drodze, albo wyjeżdżają z domu. Zdjąłem z siebie płaszcz z szalikiem i usiadłem sobie na fotelu. Chciałem sprawdzić, czy czegoś nie przegapiłem. A ja lubię, jak wszystko jest dobrze zrobione. 

Czytałem bez przekonania umowę wynajmu sceny, kiedy usłyszałem jak ktoś kładzie kubek z kawą na stoliku. Zaskoczony, uniosłem wzrok, by sprawdzić kto zacz, jest moim aniołem i podaje mi życiodajny napój.  Napotkałem duże, brązowe oczy, wpatrzone we mnie. Prawe się udławiłem własną śliną, bowiem przed sobą miałem Ayame… Albo nadal śpię, albo mam urojenia. 

- Dzień dobry, Sono-kun – przywitał się, siadając na kanapie obok fotela. Uśmiechną się do mnie lekko, a ja siedziałem i zastanawiałem się co mam powiedzieć. – Pomyślałem, że zrobię Ci kawy, tak na dzień dobry.

- Dziękuję – wydusiłem, odkładając kartki, i sięgając po naczynie. Jak ja go kocham… I robi świetną kawę! Gdybym mógł, ożenił bym się z nim… - A skąd wiedziałeś że przyjdę, i co robisz tak wcześnie?

- Widziałem jak wjeżdżasz na parking, widać go z naszego okna – wyjaśnił, przyglądając mi się. Dlaczego ostatnio wszyscy się na mnie patrzą? To jest dziwne. – Do studia zawsze tak wcześnie przychodzę – oznajmił, bawiąc się  sznureczkiem od bluzy. Chyba będę przychodził wcześniej od jutra. Nie miałem pojęcia, że tak wcześnie już jest, i że czeka. I dlaczego? 

- Dlaczego tak wcześnie przyjeżdżasz? – zapytałem, upijając kilka łyków kawy. Obserwowałem go, co chyba go trochę peszyło, bo unikał mi patrzenia w oczy. Moje spojrzenie tak na niego działa? Teraz będę mógł je bezkarnie wykorzystywać! 

- Nie lubię siedzieć sam w domu – wyjaśnił. Czyli nie lubi samotni? Więc jednak przeciwieństwa się przyciągają. Osobiście nie najlepiej czuję się tłumie ludzi, na przykład na dyskotekach.  Może rzeczywiście coś jest w starych mądrościach ludowych. – Po próbie często łażę po mieście… - podjął po chwili, a nadal się w niego wgapiłem. W pewnej chwili nasze oczy spotkały się. Blondynek szybko uciekł wzrokiem, speszony, a jego policzki lekko się zaróżowiły. Wyglądał tak słodko!  

Przez następne dwadzieścia minut siedzieliśmy, i rozmawialiśmy. Ayame opowiadał jak z Yuu chodziło po wytwórni, kiedy rano byli wcześniej, i wystraszyli się basisty Versailles, a potem bali się wyjść z sali… Podczas rozmowy z nim, śmiałem się   częściej, niż przez ostatni miesiąc. Kubek po kawie, nadal zalegał na stole, i żadnemu z nas nie chało się go odnieść. Szkoda, że zaraz zaczną się schodzić inni. Ale co zrobić. 

Za koło pięć minut w drzwiach stanął Anzi, i chyba był zaskoczony naszym widokiem. Ale raczej chyba mim – siedziałem na fotelu, z nogami przerzuconymi przez podłokietnik, i wesoło nimi machałem. Przywitał się, walnął się obok Ayame, zamykając oczy. Chyba się, biedny, nie do końca obudził. Za chwilę w drzwiach pojawił się perkusista z basistą, był chyba nieźle zaskoczony moim widokiem. 

Muszę im chyba powiedzieć o naszym gościu, co by nie byli zaskoczeni. Podniosłem się z fotele, choć mógłbym na nim leżeć znacznie dłużej. – Będziemy mieli gości na próbie – oznajmiłem, prostując kręgosłup. I znowu to uczucie, że ktoś gapi się na mój tyłek… To już jest krępujące, odwróciłem się do całego zespoły, który zaległ na kanapie i fotelu. 

- Kogo? – zapytał Anzi, otwierając jedno oko. – Przyprowadzasz swoją dziewczynę? – uśmiechnął, a ja miałem ochotę, i to wielką, kopnąć go w tyłek. You spojrzał na mnie badawczo, chcąc pewnie doszukać się jakiegoś mojego potwierdzenia. – Niestety cię rozczaruję – bowiem zjawi się Kamijo-san – wyjaśniłem. Czy on zawsze musi zadawać mi niewygodne pytania? Jak ja go za to nie lubię… 

- A po co ma przyjść? – zapytał Yuu. 

- Ostatniego marca gramy koncert w SHIBUYA-AX – oznajmiłem. Na ich twarzach pojawiło się zdziwienie. Przecież mogli się spodziewać czegoś takiego, w końcu wydaliśmy płytę niedawno. – O szczegółach dowiecie się później…

Przerwały mi otwierające się drzwi. To pewnie nasz gość. W sali pojawił się blond-włosy wokalista Versailles. Obdarzył nas wzorkiem, i wszedł głębiej do sali. 

- Dzień dobry, Sono  - przywitał się. Dlaczego on mówi mi prawe po imieniu? Czaję się niezręcznie kiedy nazywa mnie tak jak mamy spotkanie, a co dopiero w towarzystwie. Co chłopaki pomyślą? – Jak dobrze, że nie zaczęliście beze mnie…

- Dzień dobry – starałem się na najbardziej oficjalny ton. – Proszę usiąść – wskazałem sofę. – A my, zabieramy się do roboty. 

Próba trwała z cztery godziny, które były dla mnie gorsze od jakichkolwiek tortur. Cały czas obserwował mnie Kamijo, czasem jedynie  rzucając jedynie wzrokiem na innych. Z tyłu czułem jak You gapi mi się na tyłek., mogłem jednak nie ubierać tych spodni… Przez to, nie mogłem się skupić, i musiałem uważać żeby się nie pogubić w tekście. Ale jakoś mi się udało. 

- Koniec! – Z przeogromną radością obwieściłem konie próby. Byłem zmęczony bardziej psychicznie, aniżeli fizycznie. Odszedłem od mikrofonu, i usiadłem na fotelu obok Kamijo. Reszta zespół też rozsiadła się wygodnie, również mając dość. Ciekawe, co usłyszę od szefa?

- Nieźle gracie – przyznał, a mnie bardzo to ucieszyło. Nie lubię robić poprawek. – Jestem zadowolony. Sono? – zwrócił się do mnie.

- Tak? – drgnąłem zaskoczony. 

- Masz dla mnie te papiery, które Ci wczoraj dałem? – zapytał. Podniosłem się z fotele, i sięgnąłem po plik kartek leżący na stole. Od razu podałem go liderowi Versailles. Szybko przeleciał wzrokiem po kartkach. Jak dobrze, że to już koniec mojego spotkania z nim. Mam go już dość. 

- A masz już set-listę? – zapytał, nadal grzebiąc w dokumentach.  

- N… Nie. Jeszcze nie – odparłem. Zaskoczył mnie tym pytaniem . Listę utworów miałem mu dostarczyć do poniedziałku – jest środa. Chciałem się nią zając w piętek, ewentualnie w sobotę. Tak, byśmy mieli tydzień na przećwiczenie kawałków.  

- Nie szkodzi – zamruczał. – Pomogę Ci ją pisać, dobrze? 

Co? Chłopaki pomóżcie! Jak on ma zamiar mi pomóc? Nie chcę jego pomocy. Sam sobie poradę. Wystarczy, że już czuję się dziwnie, wobec chłopaków. Głównie dlatego, że Kamijo całkiem ich zignorował, a tyko ze mną rozmawia. Czuję się z tym źle, bo oni też są ważną częścią Matenrou Opery, i nie chcę by ich pomijano, bo jestem liderem. 

- W porządku – zgodziłem się. Musiałem się postarać, by mój głos nie brzmiał zrezygnowanie, czy smutno. Tak, smutno, to patrzył na mnie Ayame. Dostrzegłem to ponad ramieniem wokalisty Versailles. Akurat teraz kiedy Ayame sam do mnie przychodzi, on musi się pojawiać! Mam ochotę mu coś teraz zrobić, ale są świadkowie, a kryminał mi nie służy. – Kiedy?  - zapytałem bez namiętnym tonem. 

- Zaraz – odpowiedział szybko. 

Jak to: zaraz? A ja chciałem iść sobie do domu… Zawsze musi się coś stać. Jeśli Kamijo będzie robił mi takie numery przez najbliższy czas, stracę Ayame. I pozostanie mi tylko kupić sobie kota… A przecież! On nie jest zmęczony. Przez cztery godziny to nie on śpiewał… 

- Możecie iść do domu – oznajmiłem chłopakom, wstając. Moje oczy skierowały się na Ayame. On nie lubi siedzieć sam. Mógłbym gdzieś z nim dzisiaj iść, a zamiast będzie znów sam. Jestem idiotą. On zawsze był smutny, kiedy kończyliśmy próby, i jako jedyny nie błagał mnie bym się zlitował i ją skończył. Jest jeszcze wcześniej – dopiero druga… 

- Tak! – Uradował się You, i wystrzelił z Sali, prawe wywracając wieszak. Chyba znalazł sobie inny obiekt niż Ayame, co mnie cieszy. Ale i tak się dowiem, o co mu chodziło, choćbym miał go nawiedzać. 

Wyszedłem z sali, za Kamijo. Poszliśmy na górę, do jego gabinetu. Szedłem za nim, i prawe na niego wpadłem, kiedy nagle się zatrzymał. 

- Zapomniałem powiedzieć, żebyś zabrał płaszcz, pojedziemy do mnie do domu. 

Szedłem korytarzem, bardzo blisko ściany; to tak w razie gdybym się miał wywrócić. Nogi mi się trzęsły. A to za sprawą Kamijo. Chciał żebym jechał z nim do domu! Po co!? Set-listę można ułożyć w gabinecie. Ja nie chcę jechać; boję się. Czuję się, jakbym zdradzał Ayame(nie jesteśmy co prawda razem, więc niby nie powinienem się tak czuć, jednak mam takie uczuciowe wrażenie). Blondynek był jakiś smutny, kiedy musiałem skończyć próbę, i zwolnić ich do domu. 

Ponownie dzisiaj otworzyłem drzwi do naszej sali prób, wchodząc. Na wieszaku nadal wisiał mój płaszcz, reszty kurtek już nie było; znowu wychodzę jako ostatni… Sięgnąłem po płaszcz, i zabrałem go z wieszaka. Już miałem wychodzić, jednak zatrzymał mnie dziwny odgłos. Coś jakby spadło. Spojrzałem zdziwiony na naszą scenę. Przy swoich organach stał  Ayame, trzymając w dłoniach jakieś kable(podejrzewam, że od swojego sprzętu), z czego jeden leżał na podłodze. 

- Ayame-kun? – Zapytałem. Myślałem, że już nikogo nie spotkam, że wszyscy już poszli; a tymczasem niespodzianka – znajduję mojego blondyna(z tym, że on nie jest w pełni mój…). 

Na dźwięk mojego głosu, klawiszowiec poderwał się, prawie wypuszczając z dłoni pęczek kabli i przedłużaczy. Spojrzał w moją stronę. Albo mi się wydawało, albo zaraz jak mnie zboczył, na  jego twarzy pojawił się mały uśmieszek. Serce mi się topi na ten widok. 

- Sono-kun, co tutaj robisz? – zapytał, podchodząc do mnie, odłożywszy kable. Kiedy szedł, jego biodra uwodząco się poruszał… Proszę nie prowokuj mnie, albo wezmę Cię  tutaj… 

- Zapomniałem płaszcza – oznajmiłem, starając się nie patrzeć na jego nagą skórę, wystającą spod rozpiętej bluzki.  On mnie uwodzi! Najnormalniej w świecie mnie podrywa!  I co ja mam z tym zrobić…? – A ty? – delikatnie się uśmiechnąłem. Nie powiem, ciekawiło mnie, dlaczego Ayame został po godzinach.  Jego uśmiech nagle przybladł, a ja szybko domyśliłem się dlaczego. Przecież nie lubi być sam, powiedział mi to przecież z rana. Ale jestem mądry… 

- Nudzi mi się, to się zajmę sprzętem – oznajmił, zakładając ręce za plecy. Robi się coraz ciekawej. Nie długo sam wejdzie mi do łóżka! Nie żebym miał coś przeciw, ale zaczyna już  strasznie dziwnie… - Skończyłeś już set-listę? – Zapytał zdziwiony. 

Kiedy się tak do mnie uśmiecha, nie mam serca zostawić go samego. Może pojedzie ze mną do Kamijo? Będzie ze mną, i może Yuuji mi nic nie zrobi? A może potem będzie czas na coś więcej z Ayame? Miałem już się pytać, kiedy nagle otworzyły się drzwi; lekko popychając mnie do przodu. Prawe wpadłem na Ayame. Z chęcią mordu spojrzałem na drzwi, z zamiarem rzucenia się, i wydrapania oczu niechcianemu gościowi. 

Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy ujrzałem wokalistę Versailles. I tak chciałem mu coś zrobić… Zmierzył Ayame groźnym wzrokiem, a ja myślałem że z jego błękitnych tęczówek wypłynie lód. Znalazłem w nim nawet pogardę dla klawiszowca; nie spodobało mi się to. I to bardzo. Czyżby go nie lubił? Ale dlaczego? Kolejne pytanie bez odpowiedzi…

- Sono, myślałem że się zgubiłeś – oznajmił, a na jego usta wpełzł jakby złośliwy uśmieszek. Nie spodobało mi się to, że  nazywał mnie, jakbyśmy się od bardzo dawna znali, albo coś nas łączyło. A tak wcale nie było. – Strasznie długo kazałeś mi czekać. Chciałbym już jechać…

No o po się człowieku odzywasz?!  Obowiązuje cię tajemnica zawodowa… Nie chciałem by Ayame wiedział, że jadę do niego. Przynajmniej chciałem by jechał ze mną. A z tego już widzę, że nic nie wyjdzie. Nie wiedziałem co mam powiedzieć.  Od chwili gdy zszedłem z góry, do kiedy przyszedł, nie minęło może z piętnaście minut. To jest, ja dłużej czekam aż mój zespół pojawi się w całości. Jakby przyszło mu czekać z półgodziny na You, to by te jego blond włosy posiwiały. Nie mógł długo czekać… wredny cham, chce mi zniszczyć życie… Jeśli  wyczuł co czuję do blondyna.

- Przepraszam – wydukałem w końcu, nie chciałem, by sytuacja stała się ostrzejsza. – Zgadałem się z Ayame – cóż, nie była to całkowita prawda, bo wymieniliśmy jedynie kilka zdań, ale co mogłem powiedzieć?

Wyraz twarzy Kamijo złagodniał.  Uśmiechnął się do mnie, całkowicie ignorując Ayame. – Skoro go zabrałeś, to możemy iść. – Znowu pojawił się ten jego uśmieszek, a ja chciałem wyć z rozpaczy. 

- W takim razie, do jutra Sono-kun – blondyn uśmiechną się, i odwróciwszy się, odszedł w stronę podestu z instrumentami. Patrzyłem za nim, tęsknym wzrokiem. Oto właśnie moja miłość życia, oddala się, a ja, mimo iż mogę temu zapobiec, odchodzę z kimś innym, zostawiając go samego. Jestem idiotą. Kompletnym idiotą; nie zostanie mi nic, jak tylko szczelić sobie w głowę. 

- Sono? – odezwał się ponownie lider Versailles, przesuwając się w drzwiach. Nie chętnie ruszyłem w ich stronę. Ayame ponownie zabrał kable, i uklęknął przy klawiszach. Więcej nie wiedziałem, ponieważ drzwi zamknęły się dzięki Kamijo. Szedłem za nim korytarzem, ubierając na szybko płaszcz. Mój ukochany został sam, a ja idę z prawie obcym człowiekiem, nie mając pojęcia, czy czegoś mi nie zrobi. Tak, jestem naiwny… Tak samo wierzyłem, że You jest nieszkodliwy, a prawe mnie zgwałcił. 

W ciszy weszliśmy do windy, zjechaliśmy na parter. Cisza była tak przytłaczająca, że mógł bym ją łapać w dłonie. Nie czułem się z tym dobrze. Wyszliśmy z wytwórni, żegnani ciekawskim spojrzeniem chłopaka na recepcji. Ale będą potem komentarze… Na zewnątrz, chciałem iść do mojego samochodu, ale poczułem jak dłoń wokalisty łapie mnie za rękaw płaszcza, i ciągnie w stronę swojego samochodu. Dość niechętnie poszedł za nim. 

Usiadłem na fotelu pasażera, w czarnym ferrari(ma facet gust! Jakie ładne auto…I pewnie drogie, ale w końcu – jest szefem wytwórni, i liderem zespołu, chyba może sobie na to pozwolić. Ja, niestety, jeszcze nie…). Zapiąłem pas, i czekałem aż ruszymy. Dziwnie się czuję, w tak drogim samochodzie. Sam jeżdżę BMW, ale to nie to samo. To auto musiało przyjechać z Włoch! Lider Versailles usiadł za kierownicą, i bez słowa włączył silnik, i beż żadnego ostrzeżenia ruszył z miejsca, wbijając mnie w fotel. Gdybym miał zapanować nad takim samochodem, i przy takiej prędkości – już dawno bym nie żył. Blondyn sprawnie poruszał się po ulicach, wybierając głównie takie boczne, by uniknąć korków. Dzięki temu byliśmy w półgodziny pod apartamentowcem, gdzie jak się domyślam, mieszkał mój pracodawca. Drzwi otworzyły się automatycznie, a ja rozplatałem się z pasów, nadal będąc pod wrażeniem samochodu(a ja myślałem, ze jeździ bryczką... Przynajmniej wiem, jakiego samochodu mam w całym swym życiu unikać – jeden plus).

Stanąłem obok pojazdu, czkając aż Lider zamknie drzwi i włączy alarm. Ruszył do drzwi, a ja podreptałem za nim. Budynek z wierzchu wyglądał raczej nowocześnie, ale w środku wystrój przypominał raczej europejskie dworki szlacheckie. Kamijo przeszedł przez hol, nie obrażając nikogo żadnym spojrzeniem. Ja raczej bałem się za bardzo rozglądać, bo ktoś mógłby mnie skojarzyć z telewizji. Potem były by plotki, o rzekomym romansie, a wolał bym stracić rękę, niż miałoby do tego dojść. 

Wjechaliśmy na ósme piętro. Wyszliśmy z maszyny, i przeszliśmy jasnym korytarzem. Blondyn zatrzymał się przy właściwych drzwiach, i  otworzył je, wpuszczając mnie pierwszego do środka. Z sercem, które zdążyło nawiać już pod Kyoto. Mieszkanie mojego szefa nie było jakoś strasznie, jak się podziewałem. Z małego korytarza wchodziło się do dużego salonu z lewej strony, a z prawej był inny duży pokój, z dużymi szklanymi oknami. Naprzeciw mnie, schody na piętro. Tym, co mnie zdziwiło, większość mebli była w europejskim stylu. Takim ozdobnym, nie wiem jakim, nie znam się. 

Zdjąłem buty, i odstawiłem je na szafkę. Płaszcz wylądował na wieszaku; i co ja mam zrobić? Mam wejść do salonu. Dziwnie się tutaj czuję, jakbym przeniósł się w czasie. 

- Zapraszam – wskazał ręką na pokój urządzony w kremowych kolorach. – Zaraz do Ciebie dołączę – zapewnił mnie, po czym zniknął gdzieś w mieszkaniu. Niepewnie przeszedłem do salonu.  Czułem się, jakbym znalazł się we dworku szlacheckim… Usiadłem na kremowej kanapie, ozdobioną pluszowymi poduszkami, nawet ładne były. Czekałem, aż wróci Kamijo. Ułożymy tą przeklętą set-listę, i w spokoju pojadę do domu, muszę się tyko zatrzymać po mój samochód. 

W salonie pojawił się Kamijo. W rękach niósł tacę, z dwiema szklankami, był na niej też jakiś notatnik, i długopis. Nareszcie przejdziemy do konkretów. Położył tacę na niskim stoliku, a ja poczułem woń alkoholu. Nie mogę pić, jak będę prowadził? Postawił kwadratową szklankę przede mną. Lider Versailles, zabrał notatnik, i otworzył go; nawet na mnie nie patrząc upił to coś ze szklanki(podejrzewam, że to whisky, sam mam taką w domu).  Napisał na kartce cyfrę jeden, i dopiero teraz na mnie spojrzał. 

- Jaką piosenkę zamierzasz zagrać pierwszą? – zapytał, ponownie sięgając do szklanki.  Znowu pomija zespół, sam przecież nie zagram, nie wiem o co mu z tym chodzi… Ani nie podoba mi się to, jak teraz się we mnie wgapia.  Czuję się niezręcznie, jakby znowu gapił się na mój tyłek. – Nie krępuj się – uśmiechną się. – Spróbuj, gwarantuję, że Ci posmakuje… - wskazał na szklankę z złotawym płynem. 

Cóż było mi robić? Sięgnąłem po szklankę, i upiłem trochę. Fakt, whisky była dobra. Inna niż moja, zapewne droższa…  Była nawet dobra. Przechyliłem ją ponownie, upijając kolejny łyk. 

- Myślałem na Akuma no tsubasa… - oznajmiłem, oblizując usta. W sumie, nie myślałem na żadną set-listą. Palnął pierwszą lepszą piosenkę, jaka przyszła mi do głowy. Kamijo nadal patrzył się na mnie, takim niebezpiecznym wzrokiem, a ja ignorując to, piłem złoty płyn, gdyż przejadł mi do gustu. Po chwili moja szklanka była już pusta. Yuuji(nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak ciężko mi to przychodzi – nazywać go po imieniu, czy nawet tak myśleć…), widząc to wstał, i znowu gdzieś zniknął. Po chwili wrócił… z butelką whisky. Usiadł, i złapawszy mnie delikatnie za nadgarstek przeciągną szklankę do siebie. Na nową ją napełnił, choć wydawało mi się, że tym razem nalał więcej…

- Więc Akuma no tsubasa…? Nie jest to zły pomysł… - zamruczał pod nosem, wpisując na kartkę pierwszą pozycję. A drugie i trzecie, może Plastic Lover i -overture-? – zaproponował. Zaczynałem bardziej skupiać się na alkoholu, aniżeli na tym co on mówi. 

- Na drugim miejscu  wolałbym  GLORIA’ę – oznajmiłem. W końcu, z ta piosenką była związana trasa, więc wypadało by, dać piosenkę gdzieś na początek. – Potem może być  Innovational Symphonia, a dopiero potem Plastic Lover i -overture- - zażądałem. Ja jestem liderem, i ja będę decydował o kolejności utworów. A on może to zaakceptować, jak było do teraz. 

Lider Versailles bez żadnego sprzeciwu notował tytuły, jakie mu podawałem. I w czym miał mi niby pomóc. Sam bym to napisał, a tam to muszę się stresować. Nadal średnio mi się tutaj podoba, i wolałbym nawet sam sprzątać naszą salę prób. Mógłbym wysprzątać całe piętro, byleby tylko to była ostatnia taka akcja szefa wytwórni…

Godzinę później set-lista poswatał dopiero w połowie, a obok mebla walały się wyrwane kartki z notatnika. Kamijo, albo ja często zmięliśmy koncepcję, i listę kawałków. W efekcie – pewnie mieliśmy dopiero trzy pierwsze piosenki. Reszta zmieniała się za często bym mógł to pamiętać. I przeszkadzał mi w tym również wypita ilość alkoholu. Po pierwszych trzech szklankach przestałem liczyć. Yuuji też nie żałował, ale na pewno był bardziej trzeźwy ode mnie. Część mojego strachu odleciała, ale tlił się mi  w sercu mały niepokój… 

Kolejna kartka sadła zmięta na podłogę. Ile będziemy tu jeszcze siedzieć? Mam dość. Z chęcią poszedł bym już do domu. Kamijo wpisał na listę trzy pierwsze kawałki, po czym podparł głowę ręką, wpatrując się w zeszyt. 

- Co mógłby być czwarte? – zapytał. Nie siliłem się na odpowiedź, bo stwierdziłem, że pyta sam siebie. Niby powinienem się zainteresować, bo ja będę to śpiewał, ale skoro chciał, to niech się męczy. Zaczął malować jakieś szlaczki na kartce, też chyba mając dość tej set-listy. Cierp ciało, jakieś chciało, mógłbym mu to powiedzieć na głos, ale bałem się o pracę. 

Zacząłem zastanawiać się, co można, i w jakiej kolejność zaśpiewać. Odstawiłem szklankę, i zabrałem z podłogi jedną z kartek. Było na niej tylko osiem pozycji, ale  może jakoś mnie natchnie…  Analizowałem zapisane tytuły, ignorując to, ile wypiłem, i buzujący w żyłach alkohol, a który utrudniał mi już skupienie się.

W pewnym momencie pouczyłem jak po moim udzie sunie dłoń. Czyja, tego domyślać się nie musiałem. Tylko ja i Kamijo byłem w pokoju… Ale dlaczego jego dłoń jest na moim udzie? I dlaczego porusza się w dół, i górę, coraz wyżej. Najzwyczajniej w świecie  ogłupiałem, alkohol mnie otumanił, dlatego mimo iż wiedziałem co się mniej więcej dzieje, nie umiałem skojarzyć faktów, do czego może to doprowadzić. 

Kartka, którą miałem przez oczami zniknęła, a raczej została wydarta przez blondyna, i odrzucona w kąt pokoju. Nie zdążyłem się nawet odezwać; uniemożliwiły mi to usta Yūji’ego, które przyległy do moich, inicjując pocałunek. Nie wiem jakim cudem, ale nagle dotarło do mnie, że zostałem uradzony na kolanach wokalisty, i byłem pieszczony dłońmi po plechach… a nawet pośladkach! Chciałem to przerwać(i to jak najszybciej, zanim stanie się coś, czego będę żałował do końca życia), ale zostałem przyciągnięty przez blondyna bliżej, i złapany za biodra. 

Pocałunek przybrał na sile, i stał się  bardziej brutalny. Usta Yūji’ego smakowały whisky, a jego słodki zapach mnie otumaniał. Powoli zaczynałem tracić świadomość. Blondyn sięgnął po coś na stół. Okazało się, że to była w połowie pełna szklanka złotego alkoholu. Oderwał się od moich ust, przysunął szklankę. Zacząłem pić, nie przejmując się tym co robię. Kiedy odsunął szklankę, jęknąłem zawiedziony, i z zazdrością patrzyłem jak pije do końca. Szybko odstawił naczynie na stół(usłyszałem przytłumiony trzask, więc chyba spadła…), i ponownie przywarł do moich ust. Na nowo poczułem silna woń alkoholu. Dzięki pocałunkowi do moich ust dostał się alkohol.  Szybko wszystko połknąłem, uchylając usta. Pocałunek na nowo stał się brutalny. 

Dłonie blondyna zaczęły krążyć po całym moim ciele, dostając się pod bluzkę. Nie protestowałem za bardzo, ciało przestało reagować, i poddało się pożądaniu. Gdzieś tam jednak paliła się chyba jakaś lampka, bo nie mogłem się zmusić do oddania pocałunku. Byłem biernym kochankiem… 

Zostałem mocno złapany, a potem poczułem jak Kamijo wstaje, i gdzieś idzie. W takcie zabierania się z salonu, zdążyłem chwycić butelkę z whisky. Oderwałem się od ust boldyna, całujących mnie namiętnie, i z  uśmieszkiem satysfakcji, napiłem się prosto z gwinta(nigdy nie posądził bym siebie o alkoholizm… Myliłem się chyba). 

Trafiliśmy chyba do spylani. Zostałem zrzucony na miękkie łóżko, przy okazji wylałem na pościel trochę alkoholu(ciekawe? Czy da się to potem sprać?).  W szybkim tępię zostałem pozbawiony bluzki, tak samo jak lider, z tym ze on sam ja sobie ściągnął. Byłem całowany po całej szyi, brzuchu i podbrzuszy; moje spodnie zostały bardzo szybko ściągnięte… Moje ciało mocno reagowało na pieszczoty zadawane mi przez wokalistę. Sam zacząłem po nie sięgać, opanowany pożądaniem, które zagłuszyło racjonalnie myślenie. W trakcie zabawy, zdążyłem wypić pozostałą część alkoholu, dzieląc się nią z liderem, przez pocałunek. Zacząłem się ocierać o jego krocze, pojękując. Na jego reakcję nie musiałem za długo czekać, poczułem jego dłoń, masująca moją męskość. Zacząłem dyszeć, jednocześnie rozpinając spodnie Kamijo. Wiedziałem, że później będę tego żałował, i to mocno, ale już było za późno. Alkohol, i  podniecenie zawładnęło. 

Pozbawiłem lidera Versailles spodni, wraz z bokserkami. I ja też zostałem nagi. Blondyn zaczął mnie pieścić dłonią, rytmicznie nią poruszając w górę i w dół.  Wiłem się pod nim za łóżku, drapiąc jego ciało paznokciami. Było mi tak dobrze. Nie zauważyłem, albo zignorowałem fakt, że blondyn uniósł moje biodra lekko do góry. Z mojego gardła wydostał się krzyk bólu, kiedy poczułem jak zaczyna we mnie wchodzić. Krzyczałem, i przejechałem paznokciami po całych jego plechach. Również krzyknął b bólu, co sprawiło mi to radość… Nie lubiłem go – to za mało. Za to, co mi teraz robi – nienawidzę go jak psa. 

Wszedł we mnie do końca, i od razu zaczął się we mnie poruszać. Bolało, cholernie bolało. I po co tyle piłem?! Mam ochotę wyć i płakać. Z moich oczu pociekły łzy, ale on ich chyba nie widział, zajęty był sobą. Jedną ręka mnie trzymał, jakbym miał mu uciec, a drugą trzymał na moim karku, przyciągając do pocałunku(raczej bym tego tak nie nazwał, ale to z braku lepszego określenia…). Wiłem się, i piszczałem, kiedy uderzał pod różnymi katami, usiłując znaleźć mój czuły punkt. Obydwoje, a raczej ja, krzyczałem, i drapałem go. Nie daruję mu tego… 

Krzyknąłem, kiedy poczułem uderzenie w czuły punkt. Potem krzyczałem głośnie, kiedy trafiał w niego za każdym razem. Czułem, że nie długo doję. 

Przy którymś uderzeniu pociemniało mi przez oczami, a ciało przeszedł dreszcz. Doszedłem z przeciągłym i głośnym jękiem, brudząc podbrzusze, swoje, i wokalisty spermą. Mięśnie zacisnęły się na męskości blondyna. On też niedługo doszedł, wypełniając się we mnie. Wyszedł we mnie, i położył się obok. Nie chciało mi się iść do łazienki, więc przekręciłem się na bok, tak by go nie wiedzieć, i zamknąłem oczy. Czułem, jak w moich żyłach szybo płynie krew. W sypialni unosił się słodki zapach perfum wokalisty, i przytłaczający zapach alkoholu, ale mimo to i tak szybko usnąłem. 

Obudziłem się z okropnym bólem głowy, lecz to on raczej obudził mnie. I po co było pić? Uchyliłem powieki. Nie mogąc rozpoznać pokoju, w którym się znajdowałem, gwałtownie wstałem, co przypłaciłem falą bólu – głowy, i dolnej partii pleców… Coś jest nie tak… Siedząc na łóżku dokładnie przyjrzałem się pokojowi, starając sobie cokolwiek przypomnieć. Pamiętam, że Kamijo podstępnie zwabił mnie do swojego domu, układaliśmy set-listę, a potem… Z sercem w gardle obejrzałem się za siebie, na druga stronę łóżka. Moje koszmary się sprawdziły, i ujrzałem tam śpiącego blondyna. Moje serce prawe wyskoczyło, kiedy patrząc na swój brzuch, i podbrzusze znalazłem białe ślady…

O matko… Przespałem się z nim! Upiłem się, i przespałem! Z moich oczu gwałtownie popłynęło pełno łez. Ukryłem twarz w dłoniach, i skuliłem się na łóżku. Zdradziłem Ayame. Kogoś kogo kocham, bo się upiłem. Czuję się, jak ostatnia kurwa… Muszę stąd wyjść…

Mimo oczy pełnych łez, starałem się jak najciszej zebrać ubrania, i jakoś  się ubrać. Wykąpię się u siebie, jak się choć trochę uspokoję. Po cichu uciekłem z sypialni, w pospiechu ubierając buty i płaszcz. Przez chwilę szarpałem się z drzwiami, ale w końcu udało mi się je otworzyć. Wybiegłem z apartamentu, wpadając do windy. Kiedy drzwi się zamknęły, znowu wybuchłem płaczem. Pewnie wyglądam jak panda. Cały wczorajszy makijaż musiał się zmazać ze łzami. 

Z apartamentowca wypadłem niczym burza. Na dworze było jeszcze ciemnawo, więc musi być wcześnie rano. Złapałem taksówkę, i wsadzając rzuciłem adres. Kierowca chyba przejąć się moim stanem,  ponieważ na mój widok odwrócił się, i zapytał czy wszystko w porządku, i czy nie potrzebuję pomocy. Szybko zaprzeczyłem, i nakazałem mu jechać. Pewnie myślał, że ktoś mnie uprowadził i udało mi się uciec, jakie ładne wrażenie sprawiam. 

Pod moim apartamentowcem znalazłem się  zadziwiająco szybko. Wychodząc zapłaciłem kierowcy, i zapewniwszy go, że wszystko ze mną w porządku, wyszedłem. Starając się ignorować ciekawskie spojrzenia ludności, wjechałem na swoje piętro, i wszedłem do mieszkania. Od razu skierowałem się do łazienki, w celu dokładnej kąpieli. Nadal byłem na siebie zły. Podejrzewałem, że Kamijo może coś knuć, a jednak dałem się upić. I po co mi to było? Jest szósta rano, a próba na jedenastą… napiszę set-listę, i zaniosę ją tej podróbie wampira – w tej roli Asagi-san był lepszy. 

Do studia dojechałem po dziesiątej. Chciałem zanieść listę szefowi, i nigdy więcej go nie oglądać. A co do listy – napisanie jej zajęło mi piętnaście minut, z zaznaczeniem wszystkich ważnych elementów. Zaparkowałem samochód na swoim stałym miejscu. Patrząc po innych samochodach, stwierdziłem, że Ayame już jest, bo jego kabriolet już stoi. Nie oddalałem  za to samochodu Kamijo, z czego się ucieszyłem. 

Wszedłem do wytwórni, i od razu dopadłem do windy. Najpierw załatwię obowiązki, a potem zejdę do Ayame, może uda mi się gdzieś z nim wyjść. Musze tylko uważać, by wydarzenia z ostatniej nocy nie ujrzały światła dziennego. Wjechałem na piąte piętro, i szybkim krokiem poszedłem do drwi, za którymi był gabinet blondyna. Gwałtownie otworzyłem drzwi.  Z poczekalni dobiegł mnie krzyk zaskoczenia. Ktoś tu jest? Zamknąłem drzwi, i omiotłem wzrokiem pomieszczenie. Na kanapie leżał na brzuchu, wyciągnięty drugi gitarzysta Versailles – Teru. 

Nie spodziewałem się nikogo. Nawet jeśli lidera maiło by nie być, chciałem zostawić mu kartkę, i sobie pójść. Ale skoro jest tutaj Teru-san, to może przekaże mu set-listę. 

- Dzień dobry – przywitałem się. Naprawdę, mam wrażenie że ostatnio za dużo członków Versailles przelatuje mi przez oczami, a to zupełnie odwrotnie jak było do tej pory. Zawsze tylko przemykali po korytarzach wytwórni, a Yuuji nie interesował się nami tam dosadnie. Tylko dlaczego tak nagle wszystkim odbija? 

- Cześć! – Krzyknął z uśmiechem na twarzy. Jakoś młodszego gitarzysty mniej się obawiałem. Nie mógł być zły. Z takim rozkosznym uśmiechem i twarzyczką? Nie! Prędzej You zacznie fruwać.      

- Kamijo jeszcze nie ma? – Zapytałem, siadając na białym fotelu. 

Gitarzysta spojrzał na mnie zagadkowo. No tak, przecież nikt nie wie, że dostąpiłem zaszczytu zwracania się do Kamijo nieoficjalnie. Jednak za chwilę na jego twarzy znów zagościł uśmiech. 

- Nie ma, a myślałem, że już będzie, to przyjechałem – mówił zadziwiająco szybko, niczym karabin maszynowy. – No i muszę czekać… - Zrobił naburmuszoną minkę, a ja mimowolnie się uśmiechnąłem. Był rozkoszny niczym dziecko. 

Wyciągnąłem z kieszeni złożona kartkę, i położyłem na stole. Teru-san popatrzył na nią z zaciekawieniem, a potem na mnie. 

– To set-lista na nasz koncert – wyjaśniłem, a on potaknął głową. Wyglądało to komicznie, kiedy jego białe kosmyki latały na wszystkie strony. – Mógłbyś ją przekazać Kamijo? – Poprosiłem, podsuwając mu kartkę bliżej. Zabrał ją, i zaczął czytać, a potem ponownie rzucić na stół. 

Podniósł się z lezącej pozycji na kanapie, i wpatrzył się we mnie, wielkimi, niebieskimi oczami, a raczej soczewkami. – Wiesz, że Yuki i perkusista z twojego zespołu, są razem? – wypalił, przekrzywiając głowę. 

A jednak! To co widziałem w galerii to nie było urojenie, jak sobie wmówiłem. Oni są razem. Uśmiechnąłem się, i pokiwałem potakująco głową. – Wiem, widziałem ich razem w galerii. 

- Ja wiedziałem, że cos się święci – orzekł tonem mędrca, unosząc palec do góry. Znowu się uśmiechnąłem. – Widziałem jak Yuki wodzi z Yuu oczami… To się musiało tak skończyć.  

Na chwilę przestałem słuchać jego paplania, i  sprawdziłem godzinę w telefonie. Powinienem już iść. Inaczej nie będę mógł porozmawiać z Ayame. Wstałem, i skierowałem się do drzwi. Otwierałem usta, by się pożegnać, jednak pierwszy odezwał się gitarzysta. - Wiesz, zacznij coś robić, bo Ayame Ci ucieknie… 

C…Co? Co on właśnie powiedział? On wie? To nie możliwe… Nikt o tym nie wie… Zastygłem, z ręką prawie na klamce. Powoli odwróciłem się do niego, i popatrzyłem na Teru-san w szoku. Jego wielkie, błękitne oczy patrzyły na mnie bez żadnego wyrazu, a może było w nich jednak trochę współczucia? Ale czy to możliwe, by to było widać przez sztuczne soczewki? Nadal w szoku, usiałem na drugiej kanapie, naprzeciw Białowłosego. Ledwo mogłem przełknąć ślinę, czy wziąć oddech. 

Bałem się. Znałem Gitarzystę Versailles, tak pobieżnie. Wiedziałem, że jest bardzo żywiołowy i… nie wiem jak to nazwać? Gadatliwy, chyba tak. Czasem to widziałem: on mówi, a mało kto go słucha. Bałem się – mógł się wygadać. A wtedy byłbym już skończony. Jako wokalista w zespole, i przyjaciel Ayame, o ile mogę się tak nazwać. 

- Skąd wiesz… - zapytałem, a strach tak ścisną mi gardło, że ledwie można było mnie usłyszeć. Nie patrzyłem nawet na niego. Spuściłem wzrok. Nie sądziłem, że te wszystkie uczucia tak po mnie widać. 

- Sono – zaczął. – Może tego nie widać, ale ja naprawdę zwracam wielką uwagę na otoczenie, i ludzi w nim. A zwłaszcza na nich – mówił. Spokojnym głosem, chyba żeby mnie uspokoić. Pewnie byłem blady, czułem jak cała krew ucieka mi z twarzy. Może bał się, że zemdleję? – Widzę, i dlatego wiem wiele rzeczy, ale nie zawsze o nich mówię. Ale to jest wyjątek… - mówił, a ja go słuchałem, nie śmiąc mu przerwać. – Widzę, jak na niego patrzysz, oczy ci błyszczą, uśmiechasz się, jak tylko do Ciebie przyjdzie. Wniosek nasunął mi się sam. Czyż nie, Sono?

Nie wiedziałem co powiedzieć. To co powiedział, było szczerą prawdą. Jak on zdołał to wszystko wychwycić? Kiedy? Przecież nie widujemy się tak często… Albo  źle go odsądziłem, albo zwyczajnie zgadywał. 

- Tak - potwierdziłem. Co innego mogłem zrobić. Czułem, że nie jestem w stanie go oszukać. Te błękitne oczy-soczewki wierciły we mnie dziurę. – Kocham go. Od dawna, ale nie chcę…

- Rozumiem – wszedł mi w słowo. – Nie chcesz, by ktokolwiek się dowiedział, prawda? – Zapytał, a ja przytaknąłem jedyni głową. – Nie powiem nikomu i tak… - Zawahał się. – Ale nie można tak żyć, uwierz mi. On ci ucieka.

Podniosłem na niego wzrok, po raz pierwszy, odkąd usiadłem. Nie wiedziałem, co ma na myśli.  

- Zainteresował się nim You, prawda? – Zapytał, jednak nie czekał na żadną odpowiedź z mojej strony. – Ayame jest ładny, uroczy i w ogóle, You nie robi tego specjalnie, ot, po prostu ma taki kaprys, zależy mu jedynie na ‘’przygodnie”,. Sam szuka miłość, ale nie o tym. Zacząłeś się zbliżać do You… - On jest niesamowity, skąd on wie, takie rzeczy? – I Ayame sam przyszedł, czyli poczuł się zazdrosny, czyli musi mu zależeć.  

- Naprawdę… - zapytałem cicho. Nie myślałem tak o tym. Byłem za bardzo szczęśliwy, by myśleć o czymkolwiek. Może to rzeczywiście była prawda? – Nie pomyślałem o tym…

Teru zaśmiał się, tak jakby… przyjaźnie(można się w ogóle tak śmiać)? – Gdy nie ja, było by nie ciekawe. Słuchaj, sam do Ciebie lgnie, więc coś musi być – uśmiechną się; jednak jego twarz szybko przybrała poważny wygląd. – Nie pozwól You się do niego zbliżyć. Może zrobić mu coś, co wszystko zniszczy… - Spojrzał na mnie znacząco. Wiedziałem, co mogło się stać. Gwałt, lub zwykłe zabawienie się uczuciem. To byłoby straszne – zniszczy jego zaufanie. Z drugiej jednak strony, wiedziałem, że You nie byłby do tego zdolny. To świetny kumpel. Może, raczej na pewno, szuka miłości… To smutne. 

- Idź już na próbę, zaraz powinniście zacząć – powiadomił mnie, zerkając na telefon. 

No tak. Czas wrócić do żywych; ale ta rozmowa jakoś mi pomogła. Nie wiem jak, ale wiem, że nie mogę już siedzieć, i czekać, aż samo się wyjaśni. Czekałem kilka miesięcy, i wszystko się pokomplikowało. 

- Dziękuję, bardzo, Teru-san, i do wwiedzenia – pożegnałem się, i poszedłem do drzwi. 

Młodszy gitarzysta zaświergotał coś w odpowiedzi, i z powrotem położył się na brzuchu, na kanapie, bawiąc się moją set-listą. – Tylko naprawdę zacznij coś robić, bo jak nie to sam was zamknę w Sali, i będziecie tam siedzieć, póki mu się nie przyznasz, że go kochasz; i ja nigdy nie żartuję… - Zagroził, a ja na początku się uśmiechnąłem, jednak słysząc ton jego głosu, i końcówkę, zrozumiałem, że mówi prawdę. Ponownie przełknąłem głośno ślinę. 

Lekko skinąwszy głową, nacisnąłem klamkę, i kiedy byłem już prawie na korytarzu, usłyszałem jeszcze jego głos.

- Nie martw się Kamijo. On nic nikomu nie powie. Przysięgam, że nikt się o tym nie dowie, poza mami trzema. Inaczej zjem strunę od gitary Masashi’ego  – uśmiechną się do mnie na pożegnanie, a odpowiedziałem mu tym samym, zamykając drzwi.  

Szybko ruszyłem przez korytarz. Rzeczywiście, za niedługo miała się rozpocząć próba. Całkiem o niej zapomniałem… I mówi to lider… Jednak to, co powiedział Teru-san trochę mi pomogło. Mam jeszcze spore szanse, i muszę je wykorzystać; inaczej będzie tak jak mówił białowłosy gitarzysta Versailles – stracę go. A jeśli naprawdę mu zależy, to jakoś to będzie, znaczy, jakoś się ułoży. W każdym razie, nie mogę już siedzieć, i czekać. Muszę najpierw ‘’zabrać” You zdalna od Ayame, i… muszę jeszcze coś wymyślić. Może uda mi się gdzieś wyjść gdzieś z basistą. To tak na początek. 

W Sali byli już wszyscy, czyli z spokojnej rozmowy z moim blondynkiem nie ma… Moment… Ayame nie ma już blond włosów, tylko… Różowe. Jej, tak słodko wygląda. Do kręcenia teledysków farbowali mu włosy farbą w spreju, ale chyba zdecydował się je na stałe przefarbować. Ślicznie mu w różu.

- Nareszcie jesteś – odezwał się Yuu, leżąc na fotelu, z nogami przewieszonymi przez oparcie. – Myślałem, że umarłeś… - oznajmił. Tak, nie ma to jak troska własnego zespołu. 

- Przepraszam, że Cię rozczarowałem… - wymruczałem, niechętnie odrywając wzrok od ex-blondynka., i zająłem się zdejmowaniem płaszcza. Klawiszowiec nawet nie wiedział, jakie warzenie ma mnie wywarł, ponieważ zajęty był dokładnym studiowaniem jakiegoś tam magazynu. Może nawet dobrze, że mnie nie widział.  

- Długo mam dziś zajmie? Jestem umówiony – oznajmił Yuu, siadając ‘’po ludzku” na fotelu. 

Tak, ja wiem, że masz spotkanie z Yuki’m-san. Czy on, nie wie, że ja wiem? Myślałem, że dałem mu to odczuć na wczorajszej próbie? A tak marginesem – wszystko wygląda tak normalnie, a ja przecież w tą noc przespałem się z Kamijo, szefem wytwórni, do której należy mój zespół; i w dodatku nawiałem! Ciekawe, czy był zły…? Muszę zapytać się Teru-san, on powinien wiedzieć. Ale na razie zajmę się przyciemnymi sprawami, na przykład próbą, choć jestem zmęczony jak koń po rodeo, trochę w nocy spałem(u Yūji’ego!), ale to widocznie z mało. Usiadłem obok Ayame, na sofie, i dokładniej przyjrzałem się jego nowej fryzurze. 

- Nowy kolor? – Zadałem oczywiste pytanie,  by zwrócić jego pytanie. Zadziałało, spojrzał na mnie, na początku był zdziwiony, a potem w jego oczach zobaczyłem chyba radość, prawdopodobnie z tego, że się do niego odezwałem. – Ślicznie Ci w nich – uśmiechnąłem się do niego.  Dotknąłem jego włosów, delikatnie głaszcząc go po włosach. Starałem się ignorować mordercze spojrzenia You(gdyby mogły zabijać, i ja, i Ayame leżelibyśmy martwi…). Mój Różowowłosy Elf miał mięciutkie i miłe w dotyku włosy, jak milutko. Na jego blade policzki wkradł się delikatny rumieniec. Szkoda, że nie mogę go teraz przytulić, ani pocałować. To jest niewyobrażalny ból… Zabrałem rękę z jego głowy, i uśmiechnąwszy się niego, wstałem. 

- Zaczynamy próbę, też chciałbym dziś wcześniej skończyć – oznajmiłem, idąc do podestu. – Zacznijmy najpierw od GLORI, a potem się zobaczy – Wyciągnąłem z kieszeni kopię set-listy, pobieżnie przyglądając spis. 

Reszta muzyków podniosła się ze swoich miejsc, z wielką nadzieją ma szybko koniec. Yuu i Anzi tylko przebiegi obok mnie, w szaleńczej pogoni do swoich instrumentów. Ayame wszedł spokojnie na podest, i od razu coś poprawiając w ustawieniu klawiszy. Nawet nie zauważyłem, kiedy przy mnie znalazł się You, który przechodząc delikatnie musną moje palce swoją dłonią. Zamarłem na tan gest, ale nie zdążyłem zareagować, był już prawe na scenie. To będzie ciężki dzień… Dziś na bank muszę złapać You po próbie, i jakoś to załatwić, czy wyjaśnić.

Szybko znalazłem się na scenie, i poprawiłem mój mikrofon. Ktoś przy nim się babrał… A tak, to w Sali jest jakiś nienaturalny porządek. Podejrzane… Fakt, w trakcie mojego genialnego planu zostałem, by sprzątać z You, ale  wyniku nieszczęśliwo-szczęśliwych zdarzeń musieliśmy przerwać, a wątpię, by basista z własnej, nieprzymuszonej woli sam został i dokończył sprzątanie. A tutaj zawsze coś było nie tak – na tyłach naszej studyjnej sceny zawsze leżały jakieś kable, stosy kabli, od instrumentów, wzmacniaczy, mikrofonu; jakieś wzmacniacze do gitar(one były nadal, ale jakoś przesunięte, i względnie ułożone), stojaki, ogółem – na tyłach był burdel.  Na stole zawsze leżały góry gazet, a teraz wszystkie są poukładane na półce pod stolikiem. Tak, czy inaczej, było to czysto, jak nigdy indziej. 

- Coś nie tak Sono? – Zapytał zdziwiony Anzi, zakładając gitarę. – Wyglądasz dziwnie… 

- W tej sali jest nie naturalnie czysto – stwierdziłem, odwracając się przodem do mojego zespołu. – Komu mam za to dziękować? 

- Ayame posprzątał! – Oznajmił mi od razu Anzi, raniąc moje uszy, swym krzykiem, wręcz bojowym.

Zerknąłem na blondynka(pardon – Różowowłosego Elfa. Chyba tak będę go teraz nazywał…). NO przecież, sam wczoraj z nim rozmawiałem po próbie, a raczej zamieniłem kilka zdań, bo wszystko popsuła wampira podróbka(nadal twierdzę, że Asagi-san jest lepszym wampirem). Ale że mu się chciało? Przecież wiem, że nie lubi siedzieć sam, może tym chciał zająć sobie czas? 

- Dziękuję – podziękowałem mu chyba najładniejszym uśmiechem, na jaki było mnie stać. – Nareszcie ktoś był w stanie ogarnąć ten burdel… A teraz, zabieramy się za próbę, niedługo koncert!

Chłopaki zaczęli grać, a ja włączyłem się w odpowiednim momencie. Nareszcie, mogę zapomnieć o tym co się stało w nocy, i skupić na tym co kocham – na śpiewaniu. Zastanawiam, a raczej ciekawi, jak wypadniemy na tym koncercie. SHIBUYA-AX to dość duża hala. Chciałbym być tak sławni jak the GazettE, osiągnąć tyle, albo i więcej, co oni, i kiedyś świętować dziesięciolecie Opery, albo nawet i więcej tych –leć. Na razie nasz zespół liczy sobie pięć lat, tyle co Versailles. Więc na razie nie jest źle; ale zawsze może być lepiej. 

Czas na próbach jakoś zawsze szybko leci. Przynajmniej mi, bo nie wiem jak reszcie. A tak co do reszty – dawno nie byliśmy nigdzie wszyscy razem. Przedtem zdarzało nam się całą piątką, ewentualnie czwórką, gdzieś wyjść, a teraz już mniej. Mało czasu nam zostaje(jak dramatycznie to brzmi…) – próby, wywiady, koncerty, i to wszystko. Niby fajnie jest piąć się po drabinie sławy i chwały, ale nie mogę dopuścić by sława uderzyła do głowy, mi albo komuś z zespołu. To by było straszne. Czasem, jak wiedzę w te wszystkie ‘’gwiazdy” zza oceanu zastanawiam się dlaczego one się tak ‘’psują”. Powinna się liczyć tylko muzyka, a nie ile ktoś, i w jakim towarzystwie imprez zaliczył. Dobrze, że w Japonii tak nie ma, chyba – ja też o wszystkim nie wiem… Nie jestem Teru. 

Chyba od teraz, o cokolwiek by chodziło, zawsze będę szedł do Białowłosego Gitarzysty Versailles. On na pewno będzie widział to samo co Kamijo a może nawet więcej. No i jest w porządku, lubię go. Wydaje się tam dorosłym, z dziecięcymi zrachowaniami. Hizaki san, jest bardziej, nie wiem, arystokratą, razem z Kamijo. Choć bardziej wolałbym Hime Hizaki, niż wokalistę. O basiście i perkusiście mało mogę powiedzieć, bo praktycznie ich nie widuję. 

Próba się oficjalnie zakończyła, czyli muszę jakoś skłonić You do rozmowy, co by dowiedzieć się, o jego niecnych planach dotyczących Elfa, i dlaczego tak się zachowuje w stosunku do mnie. A najlepiej będzie to zrobić na po godzinnym spotkaniu po próbie.  Tylko jak ja mam mu to powiedzieć? Wolałbym żeby niebyło świadków(znowu dziwnie to zabrzmiało…). Przynajmniej Yuu gdzieś  znikną, zaraz po moim głośnym ‘’koniec!”. O jednego świadka mniej. Anzi’ego za bardzo to chyba ni interesuje, ale boję się reakcji Ayame. Jeszcze pomyśli, że gram na dwa fronty – bo tak to wygląda! Ale trudno, co ma być to będzie. O jakże było by mi łatwiej, gdybym nie musiał nic załatwiać!

- Sono – przymnie zmaterializował się You, uśmiechając się znacząco. – Nie miał byś ochoty gdzieś wyjść ze mną? – O tak! Proście, a dostaniecie! Znowu sam do mnie przyszedł.  

- Tak, możemy gdzieś iść – zgodziłem się od razu. Miałem takie wyżyty sumienia, że mogły by być zapasem dla ludzkości na kolejne dziesięć lat, i pewnie by jeszcze zostało. Dlaczego? Czułem, jak pewien Różowowłosy Elf patrzy się na mnie. Serce mi pęka, bo daję ex-blondynkowi wrażenie że mi na nim nie zależy. A ja to robię dla niego, dla nas. Szczerze, zaczynam czuć się jak bym go zdradzał. Najpierw mój genialny plan z You, potem noc z szefem Kamijo, a teraz umawiam się na jego oczach! Ładnie! Chyba zostanę sam o końca mego żywota.

Zabrałem płaszcz, i raz z You wyszedłem z sali prób. Nie mogłem, się odwrócić, i spojrzeć w oczy Ayame, bo chyba bym się rozpłakał. You szedł obok mnie, nucąc coś, a ja na korytarzu wyglądałem Teru-san. Musi mi powiedzieć, a ja muszę wiedzieć, dlaczego Kamijo to zrobił? Muszę to wiedzieć! 

- You, mógłbyś na mnie poczekać na zewnątrz? – Poprosiłem, zatrzymując się przy windzie. – Mam jeszcze coś do załatwienia – oznajmiłem, starając się przekupić go uśmiechem. 

- Tak, poczekam przy samochodzie – powiedział, i przywołał windę. 

Ja już wbiegałem na górę, gdzie znajdował się gabinet Kamijo. Mam nadzieję, że Teru-san jeszcze tam będzie. Jak nie, to choćby do wieczora, ale muszę go znaleźć. Dobiegłem do drzwi, i otworzyłem; nikogo tam jednak nie było. Szybko się wycofałem, nie chciałem liczyć na ponowne spotkanie  Kamijo. A on mógł być gabinecie. No nic…

Pobiegałem po piętrze, sprawdzając salę konferencyjną, pokoik gdzie robi się kawę, a nawet salę prób Versailles(szczerze? Drzwi otwierałem z duszą na ramieniu i sercem w gardle), oraz dwie puste sale prób na tym piętrze. Ale w żadnej go nie było. I co ja mam zrobić. Wróciłem do poczekalni przez gabinetem szefa i usiadłem się zastanowić. Nie sprawdzałem jedynie w gabinecie. Wstałem, z białej kanapy i podszedłem do drzwi. Otworzyłem je, z wielka nadzieją, że zastanę tam Teru-san. 

Teru-san siedział przy biurku Kamijo, i chyba coś robił na jego laptopie. Ale cuda… Szukałem go po całej wytwórni, a on był w najoczywistszym miejscu. Ale jestem mądry…

- Co się stało Sono? – Zapytał mnie, jak tylko zamknąłem drzwi. 

Podszedłem do biurka, stajać naprzeciw białowłosego, który grał w jakaś grę. Podniósł na mnie oczy, i popatrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem. 

- Ja chciałbym zapytać… - zacząłem. – Czy wiesz może, dlaczego Kamijo… Przespał się ze mną…? 

Jego oczy dokładnie mnie lustrowały, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć mi prawdę. Może za tym wszystkim krył się głębszy sens. Na przykład – Kamijo handluje ludźmi, i chce mnie sprzedać. Miał mnie ‘’odstawić” zaraz po nocy, ale uciekłem… Ja chyba nie wierzę, jestem aż taki mądry, żeby coś takiego wymyślić? Szczerze, to mam nadzieję, że chodzi o coś innego. 

- Oczywiście, że wiem – oznajmił, krzyżując ręce. Jego twarz zmieniła wygląd, i znowu zagościł na niej uśmiech. – Zwyczajnie mu się podobasz. 

- C…Co? – Czy ja dobrze słyszę? Podobam się szefowi wytwórni. To przecież brzmi absurdalnie. Choć z drugiej strony, to i tak lepsze wytłumaczenie niż moje. 

- To – powiedział. – Jesteś ładny, podobasz się Kamijo. Ale nie ma szans na żadne głębsze uczucia. Chodzi jedynie o twoją ładną buźkę… i tyłek – uśmiechnął się przepraszająco. 

Jej nigdy tak o sobie nie myślałem, znaczy wiedziałem że ładnie wyglądam, i tak dalej. Ale przecież… on mnie potraktował jak dziwkę. Przespał się ze mną, bo mu się tylko podobam! I na dodatek wcześniej mnie upił! Zrobił ze mnie dziwkę! A ja kocham Ayame… Wszystko się wali! Powinienem skoczyć z dachu wytwórni… Tak byłby chyba najlepiej. 

- Nie płacz! – teru gwałtownie wstał, i stanął obok mnie, głaszcząc po ramieniu. Ja nie płakałem, ale pewnie musiałem tak wyglądać. – Nie ma nad czym; Kamijo taki jest  – pocieszał mnie. – Idź już, i zapomnij o tym, o tej nocy, dobrze? – Posłał mi blady uśmiech. – A ty się zajmij Ayame…

Skinąłem głową i odpowiedziałem mu tym samym. Jeszcze raz się uśmiechnął, tylko szerzej, i puścił mnie. 

- Dziękuję – wydusiłem, i odwróciłem się, do wyjścia z gabinetu. Zabrałem jeszcze z poczekalni swój płaszcz, i opuściłem piętro. Jadąc windą na dół, całkowicie wymazałem z pamięci obrazy z wczorajszej nocy; a zająłem się przygotowywaniem pytań, jakie zadam You. 

Kiedy zszedłem na parking, You czekał obok swojego samochodu. Szybko tam pobiegłem, już pewnie długo na mnie czeka? W każdym razie nie zrobiłem tego specjalnie. Jak tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się do mnie. 

- Przepraszam, że czekałeś – oznajmiłem, idąc od razu do drzwi. – Zeszło mi troszkę dłużej. 

- Nie szkodzi – oświadczył, ładując się na miejsce kierowcy. – Masz ochotę na jakiś film, a potem, nie wiem, ciastko?

To ciastko brzmi fajnie, zważywszy, że ostatnio z nerwów mało jem, i żyję głównie dzięki powietrzu, i płynom. A film sobie możemy darować. – Może być – zgodziłem się jednak, na jego kolejność.  

Pojechaliśmy do jednego z większych galerii handlowych, gdzie mieściło się też kino. Pozwoliłem You wybrać film, gdyż i tak nie bardzo mnie to interesowało. W końcu basista wybrał jakiś dramat historyczny(nie mam pojęcia dlaczego…Ale nawet fajny był ten film). Po dwu i pół godzinnym seansie zeszliśmy piętro niżej, do jakiejś kawiarni. Zamówiliśmy po jakiejś tam kawie, a kiedy doczekałem się mojego ciastka z białą czekoladą, myślałem że ogłupieję ze szczęścia. 

Czas płynął nam głównie na rozmowach o niczym, ale było nawet przyjemnie. Szkoda, że nie dowiedziałem się niczego konkretnego odnośnie Ayame. W końcu, kiedy zostałem zaproszony do mieszkania You. Przyznam, że trochę się bałem. Raz, w studiu, kiedy zostałem z You – ta sytuacja była dziwna. I dwa… To o się stało zeszłej nocy.  Mimo wszystko, muszę się pilnować. 

Wsiadłem do toyoty basisty, i pojechaliśmy pod jakaś dzielnicę apartamentowców. Szkoda że nie jestem jasnowidzem, bo gdybym wiedział, do czego prawe doszło, nigdy bym się na to nie zgodził.

Podczas jazdy panowała kompletna cisza. Jakoś nie wiedziałem powodu by ją przerywać. Nie tak, że nie chciałem rozmawiać z You po tym co się kiedyś stało. Nie, lubię go. Jest miły, wesoły i… W każdym razie, nie da się go nie lubić. Za jego ‘’pocieszny” wygląd. Dlaczego nie chciałem przerwać krępującej ciszy? Zwyczajnie – nie wiedziałem, co mam, mogę powiedzieć. Wiem, że chcę poruszyć temat Ayame, ale nie miałem żadnego, nawet bladego, pojęcia, jak mam to zacząć. Przecież nie wypadnę nagle z czymś w stylu: You, dlaczego kleisz się do Elfa? Raz, że chyba musiałbym być pijany, jeszcze bardziej niż u Kamijo. Drwa, pewnie uznał by, że coś biorę, i mam urojenia, skoro mówię o elfach. Trzy, mógłby się obrazić, a tego za żadne skarby nie chcę. Mimo wszystko; cokolwiek by się działo, nie chcę stracić przyjaciela, no i basisty. 

Droga do wieżowca, w którym mieszka You dłużyła mi się strasznie. Korki – to one są wszystkiemu winne. Przeklęte… Widok za oknem sprawiał, że nudziłem się jak mops. Ciągle ta szarość, budynki… Wszystko szare, czarne, ale taki urok tego miasta. Basista ze skupieniem, chyba zapominając o mojej obecności. Ani razu nie popatrzył się na mnie. Czy on też zastanawiał się, czy zaproszenie mnie było dobytym posunięciem? Mam nadzieję, że kiedy dojedziemy jakoś się wszystko samo potoczy, w dobrym sensie. 

You nareszcie zajechał pod swój wieżowiec, i zajechał na podziemny parking. Nie powiem, spory budynek, chyba nawet większy od tego, w którym mieszkam ja. Szatyn zaparkował samochód, i wyszedł. Nie zamierzałem czekać, aż otworzy mi drzwi, więc szybko otworzyłem drzwi, i prawie się potykając, wyszedłem z pojazdu, i stanąłem obok You, przyglądającego mi się ze zdziwieniem. Chyba trochę innej reakcji się poderwał, ale trudno. Czas uświadomić mu pewne sprawy… Tylko nie bardzo wiem jak…

Razem poszliśmy do windy. Dobrze, że nie mu musieliśmy czekać. Nie lubię tego, a ta cisza powoli mi dzwoni w uszach. Jestem wokalistą, nie mogę długo siedzieć cicho, to wbrew każdej komórce mego ciała…  Kiedy weszliśmy do małego pomieszczenia, a You nacisną guziczek z dziewiętnastką. Matko, jak to musi być wysoko! Ja mieszkam na piątym piętrze, a on na dziewiętnastym… Przyznam, że bym się trochę bał… Tak samo jak w samochodzie, nie odzywaliśmy się do siebie. Tak samo było, kiedy jechałem z Kamijo… Oby nic się nie powtórzyło, inaczej będzie źle. Jeśli rzeczywiście do czegoś dojdzie, nigdy chyba nie spojrzę sobie w oczy, ani You. A tym bardziej Ayame. 

Zatrzymaliśmy się na właściwym piętrze. You wyszedł pierwszy, a ja potruchtałem za nim. Szatyn otworzył drzwi, i wpuścił mnie do środka, częstując uśmiechem. Chyba na odwagę… Niepewnie, ale jednak wszedłem do jego apartamentu. Przywitało mnie przyjemne wnętrze, w kawowych kolorach. Wyglądało podobnie do mieszkania szefa, jednak u niego wygadało to strasznie oficjalnie i sztucznie. Tutaj było przytulnie. Ciemne meble, do jaśniejszych odcień ścian i odwrotnie – jasne meble, do ciemnych ścian. Pojawiały się nawet elementy w kolorach białych, czerwonych, zielonych czy granatowych. Ogółem, było przyjemnie, a nie sztucznie, jak u wokalisty Versailles. 

Zacząłem ściągać odzież wierzchnią. Odwracając wzrok od wystroju mieszkania. Trochę głupio się przyznać, ale nie bywam za często u chłopaków z zespołu. Nie że mi się nie chcę, czy ich nie lubię i traktuję tylko jako wspólników(patrz: Ayame), ale przez bark czasu… Próby, spotkania, praca przy papierologi. Przez to nie mam za dużo wolnego. Zanim przeszliśmy na major, mijaliśmy więcej czasu, i możliwe były jakieś wypady, czy coś. Ale teraz nie ma na to czasu. Mam jednak nadzieję, że jakoś to się zmieni… Nie witam jak, ale zmieni…

Ściągnąłem płaszcz, i  szukałem wzrokiem jakiegoś wieszaka. Zanim jednak udało mi się go zlokalizować, przez oczami pojawił się You, i z uśmiechem przejął moje ubranie, odkładając je. Z małym zdziwieniem zacząłem ściągać buty. W zachowaniu basisty wyczuwam jakąś zmianę. Właściwe, od tego pamiętnej próby, gdzie zostałem  oddelegowany do domu, tak jakby wszystko się zaczęło. Choć chyba trwało to od dłuższego czasu. Problem był, że ja nie wiem, o co You konkretniej chodzi. Raz, zaprasza Ayame. Potem znowu zaczyna interesować się mną. Coś jest chyba nie tak… To wszystko jest dziwne… Może mu się nudzi? Tak się nad tym zastanawiałem, że z mojej nieuwagi, i zdolności do rozmyślań, zadrapałem się o ostry kolec, zdejmując but. Ja mam szczęście(choć nie ukrywam, że te buty kupiłem ze względu ich wygląd). Zauważyłem, że You już gdzieś powędrował, zapewne do kuchni, lub gdzieś tam. 

Postanowiłem nie czekać, aż wskaże mi gdzie mam się udać. Zapewne uznał, iż jestem na tyle mądry, by udać się do salonu; co też uczyniłem. Salon był większy jak mi się wydawało. Był podzielony na dwie części, przez różnicę w poziomach podłogi. Na poziomie wyższym o kilkadziesiąt centymetrów stało na stojakach kilka gitar basowych, i jakiś stolik i fotele. Coś w rodzaju miejsca pracy( u mnie mikrofon, razem ze stojakiem nie ma stałego miejsca… jest stale na emigracji). Czekałem na You, wygodnie rozłożony na jasnej kanapie. Ciekawe, czego chciał, że zdecydował się mnie zaprosić? Podczas jazdy nie był za bardzo rozmowny(co było mi troch na rękę), i wydawał się chyba nie zadowolony z tego pomysłu… 

… 

You przyszedł za kilka minut(podczas których zaczynałem się nudzić). Z tacą, a niej dostrzegłem dwa kubki z kawą. Położył tackę na stole, i usiadł na fotelu po mojej lewej stronie. Dotarł do mnie zapach czekolady… Chyba kawa tak pachnie. Chce mnie przekupić czekoladową kawą?! Wszyscy wiedzą, że lubię czekoladę. Ale sąd ma czekoladową kawę, i coś takiego jest…?

- Wiem, że lubisz czekoladę. Udało mi się kupić kawę, o takim zapachu – posłał mi uśmiech, biorąc kubek z napojem. Upił łyk, a potem kolejny. Idę szukać, jutro takiej kawy!

Sam pochyliłem się, i złapałem przezroczysty kubek, z grubego szkła. Już z daleka pachniał cudownie. I tak samo smakował. Warto było przyjechać, nawet dla samej kawy. Tak. Brakuje mi takich chwil. Nie mamy już za dużo czasu dla siebie. Stale tylko praca, praca, i tak dalej. A kiedyś, wszyscy wychodziliśmy na kręgle, czy gdzieś. Może kiedyś będzie jak dawniej. Żadnego Kamijo, i jego głupstw. Sprawy w zespole jakoś się ułożą. I będzie dobrze… Jak na razie nie najlepiej wszystko wygląda. Muszę coś z tym zrobić, inaczej może dojść do rozpadu zespołu. A do tego doprowadzić nie mogę! 

- A tak w ogóle… Co z tym koncertem…Bo coś o jakimś słyszałem… - You przerwał cieszę, przenosząc swój wzrok na mnie. Nie przerywając wgapiania się w moją kawę, mogłem wyczuć jak jego oczy chcą mi wywiercić dziurę w głowie. Mam uraz, do wgapiania się we mnie, co jest głównie winą Kamijo. I chyba zostanie mi tak jeszcze długo. 

Odstawiłem kubek na stół, i wyciągnąłem telefon. Cudowne urządzanie. Robi za mój kalendarz. – Koncert jest trzydziestego pierwszego marca, w SHIBUYA-AX – oznajmiłem, czytając notatkę z kalendarza.  – O piątej mamy być pod wytwórnią, stamtąd pojedziemy na halę… Coś jeszcze? – Zapytałem, chowając telefon do kieszeni spodni. Teraz to ja patrzyłem centralnie w jego oczy. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, ale to on poddał się pierwszy, i spuścił wzrok. Dobra, przyznaję, czasem wyglądam strasznie… Ale nie patrzę się na ludzi, tak jak oni na mnie! A zwłaszcza cierpi na tym dolna część moich pleców, która nie ma już tak szlachetnej nazwy.

- Nie, tylko to chciałem wiedzieć – odparł spokojnie. Ponownie zajął się swoją kawą. Nie bardzo mieliśmy o czymś rozmawiać, więc może to dobry moment, by czegoś się dowiedzieć? Drugiej takiej okazji mieć nie mogę, ale nie chcę zrobić czegoś ‘’nieodpowiedniego”.  

Przez chwile znowu między nami zagościła cisza, a ja znowu zasmakowałem cudnego płynu. Układałem w myślach plan mojej wypowiedzi, i jak zacząć, by nie dać mu powodów do niepokoju, i podejrzeń. Jestem w tym kiepski, tym zawsze zajmuje si manager(którego chyba, prawdopodobnie trzeba będzie zmienić. Nie miał bladego pojęcia o koncercie? Chyba że, ta cała akcja miała tylko jedne cel – zbliżyć mnie do Kamijo. Ale tylko dla jednej nocy organizował koncert od podstaw? To bez sensu… Przynajmniej miał prosty powód, i jakieś sensowne wytłumaczenie –kassai to gekijou no gloria”… Nowy album, posłużył mi na wymówkę. A ja się dałem… Upiłem się… 

- Ayame… - zacząłem nagle. – ładnie mu w różowych wołach. Wygląda jak Elf – palnąłem. A dopiero potem do mnie dotarło, co powiedziałem. Ale mam niewyparzony język. Napiłem się kawy, żebym czegoś znowu nie powiedział. 

Spod rzęs obserwowałem You. Popatrzył na mnie zdziwiony, by potem pogrążyć się w swoich myślach. Upił trochę kawy, patrząc się w stolik. Oddał bym ręce, by wiedzieć, o czym myśli. Ale co byłby zemnie za wokalista? 

- Ślicznie wygląda – uśmiechną się do mnie; a ja o mało się nie zadławiłem. – Masz rację, wygląda jak elf… - oznajmił.  Postawiłem kubek na stoliku, nie miałem pojęcia co powiedzieć. – A ty, jak uważasz? – Skierował swoje ciekawskie patrzałki ponownie na mnie. I co ja mu powiem? 

- Według mnie, też wygląda ślicznie – starałem się, aby mój głos nie zadrżał(przeklęte vibrato…). 

Znowu zapadła cisza. Nie bardzo miałem pojęcie, co teraz. Mogłem pociągnąć ten temat, było to jednak trochę ryzykowne… Czasem jestem  gadułą… Muszę teraz uważać, co mówię, nie chcę, by się domyślił, ani dowiedział; przynajmniej na razie. Wolałbym z tą radosną nowiną poczekać jeszcze trochę. 

- Słuchaj… A tobie… - i jak ja mam się go zapytać? To dość niezręczne pytanie! Nawet nie wiem, jak ma logicznie ułożyć. You podniósł na mnie zaciekawiony wzrok. Patrzył z miną zbitego szczeniaka. Jakbym miał wyznać mu miłość… Mam nadzieję, że na to nie liczy? Nie miał bym serca go okłamać. To mój You – przyjaciel. Ale dam się przekupić po raz drugi! Kawa wystarczy…

- Tak? 

- Zapytam prosto z mostu: podoba Ci się Ayame? – Finał… A gdzie fanfary? A nieważne… Mam nadzieję, że mnie zrozumiał, mówiłem strasznie szybko…  Wolałbym tego nie powtarzać. Sięgnąłem po kubek z kawą, i na nim skupił całą swoją uwagę. Wolałem nie wiedzieć jego miny…

You siedział. Nie wiedział chyba co powiedzieć, musiałem go zaskoczyć pytaniem. Sam siebie też zaskoczyłem. Myślałem, że nie będę w stanie tego wydusić. Chyba poważnie zastanawiał się nad odpowiedzią, a którą tak bałem się usłyszeć. 

- Wiesz… - zaczął, odkładając pusty już kubek na stolik. – Podoba. Bardzo… - Unikał mojego wzroku. Musiałem wyglądać jak wampir z jakiegoś horroru. Czułem, że zbladłem, strasznie. Czyli jednak. Koniec, nie wiem, czy jest jakaś walka, ale przegram. You lepiej dogaduje się z Ayame. Ma czas gdzieś z nim iść. Ja mam za dużo obowiązków. Wolałbym by było odwrotnie, ale już widzę w przerywam zanim wyjmę broń.  

- Dlaczego tak pomyślałeś? – zapytał nagle, ponownie lokując na mnie swoje ciekawskie patrzałki. 

- Ale wiesz co? – Powiedział nagle, patrząc na mnie z malutkim uśmieszkiem na ustach. – Nie czuję do niego nic więcej, tylko przyjaźń. Nie mogę go kochać bardziej niż brata – zaśmiał się delikatnie. – Choć przyznaję. Jest śliczny, i miły. 

Kamień… Ha! Kamieniołom spadł z mojego znerwicowanego serca! Bałem się , tak cholernie się bałem, tego co mogę usłyszeć. A owada okazała się słodka, niczym miód. Czyli mam szansę, u Ayame… Ale nie mam czasu z niej skorzystać! Koncert się zbliża, został tydzień, i kawałek. Mam masę roboty… Ale jest nadzieja. 

- Wiesz… - znowu zaczął, patrząc na mnie nieprzeniknionym wzrokiem. – Podoba, jestem prawe zakochany, w kimś innym… - Nie odrywał ode mnie wzroku; bawiąc się palami, wywiercał mi dziurę w głowie. 

Mam złe przeczucia. Bardzo, bardzo złe przeczucia. To się źle skończy, na pewno. Nie byłbym sobą, gdyby miałoby być inaczej. Uśmiechnąłem się do niego, choć był to nerwowy uśmiech. Nie chciałem drążyć tego tematu, lepiej będzie, kiedy oboje to zmilczymy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz